Rozmowa z Tamarą Rusaczyk

Rozmowa z Tamarą Rusaczyk

Iwona Bielecka-Włodzimirow: Dzisiaj znajdujemy się w pięknym ogrodzie razem z Panią Tamarą Rusaczyk – prezes Stowarzyszenia Uniwersytet Trzeciego Wieku, emerytowaną nauczycielką języka białoruskiego w Szkole Podstawowej Nr 3.

Pani Tamaro, mamy tu bardzo dużo książek, wśród których odnajdujemy podręczniki. Czy są to książki dla najmłodszych dzieci, które dopiero zaczynają naukę języka białoruskiego?

Tamara Rusaczyk: Są tutaj podręczniki, które opracowałam. Opowiem trochę o tym jak to się stało, że zaczęłam je pisać. W 1982 r. zatrudniono mnie jako doradcę metodycznego w Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli w Białymstoku. Kiedy przyszłam do pracy zobaczyłam, że nauczyciele mają trudności, bo brakuje podręczników i programów nauczania. Istniejące książki były przestarzałe, pochodziły z lat sześćdziesiątych, nie wznawiano ich. Pojechałam więc do wydawnictwa oraz Instytutu Programów Szkolnych w Warszawie i zaczęłam działać. Jako doradca metodyczny musiałam wyjść naprzeciw nauczycielom języka białoruskiego. Pierwszym stworzonym przeze mnie podręcznikiem był ten do klasy drugiej pochodzący z 1989 r. Wydało go Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne. Nie był jednak do końca udany, bo jakość pozostawiała wiele do życzenia. To książka czarno-biała, drukowana na marnym papierze, a więc nie przyciągająca uwagi dziecka. Potem regularnie jeździłam do wydawnictwa i dążyłam do tego, by podręczniki wydano w kolorze. Kolejna książka, do klasy trzeciej, miała już kolorowe okładki, ilustracje i lepszy papier, była atrakcyjniejsza. Oprócz mnie podręczniki opracowywali też inni autorzy. Kolejny z tych, które tu mam jest przeznaczony do klasy piątej, potem były też te do gimnazjum.

Skąd Pani uzyskiwała teksty do podręczników? Czy tłumaczyła je Pani z innego języka?

Nie. Korzystałam z literatury białoruskiej. Kiedy zostałam doradcą metodycznym razem z innymi wyjeżdżałam na miesięczne wakacyjne kursy kwalifikacyjne do Mińska. Przy okazji można też było zrobić zakupy w tamtejszych sklepach, bo był to czas pustych półek w Polsce. Przywiozłam z Mińska także maszynę do pisania i podręczniki. Chodziliśmy na spotkania do wydawnictw i dostawaliśmy książki. Potem bardzo mi się one przydały przy opracowywaniu podręczników dla polskich uczniów, bo stamtąd wybierałam teksty. Korzystałam również z literatury dziecięcej. Musiałam więc dużo czytać, szukać.

A jak powstawały ćwiczenia?

Jestem ich autorką. Nie są one zaczerpnięte skądinąd, sama je stworzyłam.

Proszę powiedzieć czy pierwsza książka, którą miała Pani w ręku jako dziecko była po polsku czy po białorusku?

Nie jestem do końca pewna, ale chyba po białorusku. „Bukwar”. Potem był „Elementarz” Falskiego. Sprzed rozpoczęcia szkoły nie pamiętam innych książek. Duże znaczenie dla przyszłego stosunku do książki i czytania ma czas i rodzina, z której pochodzimy. Ja urodziłam się w 1953 r. w Orli w ubogiej rodzinie. Był to okres powojennej odbudowy. Rodzice budowali dom w Koszelach, pamiętam doprowadzanie do wsi światła elektrycznego. Książka nie była towarem pierwszej potrzeby. Dbano raczej o podstawowe sprawy jak jedzenie czy bezpieczeństwo. Miałam starsze rodzeństwo, które chodziło do szkoły. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam więc tylko ich podręczniki. Potem, kiedy poszłam już do szkoły i nauczyłam się czytać korzystałam z wiejskiej biblioteki, która była w naszej wsi. Książki do niej pracownik dowoził z Gminnej Gromadzkiej Biblioteki w Orli. Większość z nich była w języku rosyjskim, pamiętam nawet obrazki: zamki, księżniczki, cerkwie ze złoconymi kopułami. Książki były kolorowe, bardzo ciekawe i przykuwały moją uwagę, szczególnie baśnie. Z tym gatunkiem spotkałam się też w słowie mówionym, bo opowiadała nam je mama. Były podobne do opowieści braci Grimm, choć mama ich nie znała. Wykorzystałam te baśnie we wspomnieniowych zeszytach, które wydajemy jako Uniwersytet Trzeciego Wieku. Baśnie były w moim życiu ważne. Zawsze kończyły się dobrze, a mama uczyła nas, by zawsze postępować tak, by nie szkodzić innym.

Można więc powiedzieć, że mówiona baśń pełniła funkcję wychowawczą?

Tak, przynosiła morał, który się zapamiętywało, a potwierdzały go jeszcze słowa mamy.

Podoba mi się bardzo fakt, że Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku, zapewne z Pani inicjatywy, zdecydowało się wydać te opowieści.

W tym roku wydamy siódmy zeszyt wspomnień z cyklu „Jesienią życia pisane”. Firma Euro Partner zwróciła się do nas z pytaniem o to czy zostaniemy podwykonawcą w ich projekcie. W zamian zaoferowała nam pewną sumę pieniędzy, musieliśmy tylko napisać projekt wykorzystania tych środków. Przeznaczyłam je więc na wydanie zeszytu wspomnień. Firma sfinansowała dwie pierwsze części. Potem zwróciłam się o pomoc do starostwa, które łoży na to przedsięwzięcie. W tym roku Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku obchodzi dziesięciolecie, więc wspomnienia zamieszczone w siódmej części będą z tym związane.

Czy pamięta Pani książkę, którą czytała jako uczennica, a która zapadła Pani w pamięć? Kątem oka widzę „Małego Księcia”?

Tak, ale to już późniejszy czas. Z dzieciństwa zapamiętałam „Pyzę na polskich dróżkach”. Razem z nią wędrowałam przez kraj i poznawałam różne zakątki Polski, obrzędy i zwyczaje. Kiedy czytam „wchodzę” w treść książki i czuję się tak jakbym przeżywała przygody bohaterów.

To była książka podróżnicza, dydaktyczna?

Tak, Pyza wędrowała po kraju. Książka miała wszechstronne walory poznawcze i wychowawcze. Czytałam w tamtym okresie dużo książek podróżniczych, przygodowych. Pamiętam Robin Hooda, Robinsona Crusoe, kapitana Nemo, kapitana Granta. Bardzo podobała mi się „Stara baśń” Kraszewskiego. Pojawiły się też lektury szkolne, ale te książki przyjmowało się inaczej ze względu na przymus. Dziś jednak mam do klasycznych pozycji inne podejście, doceniam je. Po szkole średniej poszłam na filologię białoruską z językiem rosyjskim na Uniwersytet Warszawski. Czas studiów to mnóstwo czytania. Czytaliśmy także literaturę rosyjską w oryginale, a to przecież ogromne pozycje, szczególnie te z XIX i początku XX wieku. Egzaminy były bardzo poważne, ponieważ literaturę wykładali profesorowie z Moskwy i Leningradu. Nie było lekko. Najgorsza była poezja rewolucyjna z początków XX wieku.

Jaka pozycja z literatury rosyjskiej najbardziej utkwiła Pani w pamięci? Czy podobała się Pani dziewiętnastowieczna literatura?

Dziś chciałabym do niej wrócić, ale niestety mam już słabszy wzrok i mało czasu. Bardzo lubię “Obłomowa” Gonczarowa, Turgieniewa. Cenię opowiadania Czechowa. Pamiętam szczególnie Dostojewskiego; „Idiotę”, „Zbrodnię i karę”. Te dzieła zostały we mnie na długo.

Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jeśli będę chciała czytać dziewiętnastowieczną literaturę rosyjską, to pozycją obowiązkową jest „Cichy Don”. Chciałam nawet po to sięgnąć, ale w bibliotece mamy tylko jeden, bardzo wysłużony, egzemplarz.

W „Cichym Donie” przewija się wątek miłosny, co dodaje książce uroku. Warto sięgnąć po tę powieść.

Oprócz „Małego Księcia” widzę tu też powieści. Katarzyna Grochola…?

Tę książkę dostałam od pani Małgorzaty Raduchy, dziennikarki Programu I Polskiego Radia, która dwukrotnie u mnie była, by przeprowadzić wywiad.

Jest też książka o ziołach…

Zioła zawsze mnie interesowały. Z dzieciństwa pamiętam, że nie kupowaliśmy herbat, zamiast tego mama parzyła zioła.

Podejrzewam, że pili Państwo też pieprzycę, tak zwany „Iwan-czaj”?

Tak. Piliśmy także dziurawiec, herbatę z łodyg malin. Były też rumianek, kwiat lipy, nagietek i inne rośliny.

Wiedzę o ziołach wyniosła więc Pani z domu.

Częściowo tak, dużo później wymieniałam się z innymi informacjami na portalach społecznościowych. Teraz hoduję zioła w ogrodzie, robię syropy i nalewki roślinne oraz bukiety. Staram się też pogłębiać wiedzę na temat zielarstwa.

Wiedzę na temat uprawy ogrodu czerpie Pani z książek, czy pochodzi ona z obserwacji tego, co robiły Pani babcia i mama?

Mieliśmy ogród przy domu. Rosły w nim dalie, była macierzanka, nagietek, maki. Całe życie marzyłam o domku z ogrodem, w którym będą malwy. Udało się. Mój ogród się zmieniał, na początku były w nim inne rośliny. Pierwsze były jodła kalifornijska i sosna koreańska. Zaczęłam też jeździć na targi ogrodnicze do Szepietowa i tam kupowałam kolejne sadzonki. Czytałam czasopisma, m.in.: „Działkowca” i „Mój ogród”, śledziłam fora ogrodnicze. Dzięki temu bardzo wzbogaciłam swoją wiedzę.

Mamy tu też książkę „Koniec Alzheimera”.

Zdrowie niestety zaczyna szwankować, czytam więc literaturę fachową dotyczącą zdrowia. Wraz ze starością przychodzą różne choroby, warto zatem wiedzieć co robić i czego unikać, by jak najdłużej zachować dobrą kondycję.

W bibliotece mamy dużo pozycji na temat zdrowia i cały czas staramy się wzbogacać księgozbiór, bo zauważamy wzrost zainteresowania podobną literaturą.

Jeśli o bibliotece mowa, to muszę powiedzieć, że po dłuższej przerwie znów zaczęłam korzystać z biblioteki, szczególnie dużo czytałam w czasie epidemii koronawirusa. Czytam teraz cykl „Siedem sióstr”. Ostatni tom tej sagi nosi tytuł „Zaginiona siostra”, kończę już jego lekturę.

Wybiera Pani obszerne powieści czy krótsze opowiadania?

Nie zwracam uwagi na objętość książki, ważne jest dla mnie to, żeby była dobra. Przez jakiś czas czytałam bardzo dużo biografii, ostatnio opowieść o Kalinie Jędrusik. Czasami wypożyczam z biblioteki również tzw. „czytadła”, bo to pozwala oderwać się od codziennych problemów. Lubię książki Magdaleny Witkiewicz. Bardzo polecam książkę „Jeździec miedziany”. To trzytomowa powieść , której akcja toczy się w okresie blokady Leningradu. Tamtejsza dziewczyna, Tatiana, zakochuje się w Amerykaninie, który wraz z rodzicami znalazł się w Związku Radzieckim. Czytelnik śledzi ich miłosne perypetie i splątane losy.

Pani Tamaro, mam wrażenie, że czyta Pani dużo więcej, niż ogląda telewizji?

Telewizji nie oglądam prawie wcale, nie lubię jej. Zdecydowanie wolę czytać.

Książki zabierają Panią w podróż do innego świata?

Tak, zdecydowanie. Dzięki książkom mogę wchodzić do różnych światów. Czytałam przez całe życie, bo między innymi na tym polegała też moja praca. Teraz niestety nie mogę już czytać tyle, ile bym chciała, bo pogorszył mi się wzrok. Od niedawna używam też czytnika e-booków, na którym przeczytałam wszystkie kryminały Katarzyny Bondy.

Jak podeszła Pani do tego nośnika, wydał on się Pani konkurencją dla książki papierowej?

Wolę książki. Lubię też używać zakładek. Choć dużym walorem czytnika jest to, że można wybrać wielkość czcionki.

Na koniec proszę powiedzieć jaka będzie najnowsza publikacja, którą wyda wkrótce Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku?

Ostatnio wydaliśmy tomik naszych wierszy, a niedługo ukaże się kolejna część wspomnień.

Pani Tamaro, bardzo dziękuję za poświęcony, w tę wrześniową słoneczną niedzielę, czas.

Dziękuję bardzo.


Tamara Rusaczyk

Tamara Rusaczyk – założycielka i prezeska Stowarzyszenia Uniwersytet Trzeciego Wieku, emerytowana nauczycielka języka białoruskiego; w trakcie swojej pracy zawodowej jako metodyczka samodzielnie napisała i opracowała podręczniki do nauki języka białoruskiego w szkole podstawowej. Wraz z członkami i członkiniami stowarzyszenia UTW publikuje cykl literatury wspomnieniowej pt. „Jesienią życia pisane”, gdzie znajdujemy twórczość pisaną zarówno prozą, jak i wierszem. Chętnie udziela się w życiu kulturalnym miasta Bielsk Podlaski, mi.in. w Narodowym Czytaniu, konkursie florystycznym festynu Pelargonia, we wspólnym śpiewaniu kolęd i w szeregu innych występach publicznych przy okazji różnych uroczystości w instytucjach kultury i jednostkach oświatowych w ciągu roku.


Fotografie: Izabela Pług

Ustawienia czcionki