z książką przez życie

Projekt „Z książką przez życie” realizowany jest przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Bielsku Podlaskim w ramach zadania „Partnerstwo dla książki” ze środków finansowych Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu.

Rozmowa z Markiem Włodzimirow

Z lewej strony stołu z książkami siedząc mężczyzna z prawej kobieta w okularach w tle regał z książkami.
Marek Włodzimirow i Iwona Bielecka-Włodzimirow
Zapis audio rozmowy z Markiem Włodzimirow

Iwona Bielecka-Włodzimirow: Dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie do rozmowy o książkach.
Marek Włodzimirow: To zaszczyt.
Lubisz czytać czy to trudna miłość?
Wydaje mi się, że to obowiązek. Nie chcę wypowiadać się patetycznie, ale im jestem starszy, a mam czterdzieści cztery lata, tym bardziej uświadamiam sobie, że słowo pisane ma dla rozwoju intelektualnego największe znaczenie.
Kiedy doszedłeś do takiego wniosku?
Moje początki czytania to moment, kiedy kolega pokazał mi literaturę fantasy. Najpierw był „Hobbit” Tolkiena. Podczas lektury mój mózg i ciało przeniosło się wtedy w zupełnie inny świat. W świat, który ma inną fizykę, parametry, zasady i wartości. To był odlot, otwarcie bram wyobraźni.
I stałeś się molem książkowym?
Nie. Zawsze byłem fascynatem rozwoju nowoczesnych technologii, Internetu, komputerów. Po skończeniu studiów, gdy zajmowałem się już grafiką komputerową i produkcją multimediów, potrafiłem powiedzieć, że książki nie są do niczego potrzebne, że najważniejsza jest kultura obrazkowa. Dzisiaj posypuję głowę popiołem i widzę jak bardzo się myliłem.
Czy to media społecznościowe i wszechobecne fake newsy skłoniły Cię do takiej refleksji?
Nie. Media społecznościowe istnieją od kilkunastu lat, Internet trochę dłużej. W tamtych czasach uważałem, że obraz więcej mówi i przenosi, i tu bardzo się myliłem.
To mnie właśnie interesuje. W pracy przekazujesz swoje emocje obrazem. Jak w tym plasuje się książka jako tekst?
Dzisiaj w budowaniu obrazu idziemy w stronę hiperrealizmu. Wszystko jest idealnie pokazane, nie ma nic do ukrycia, brakuje pola do popisu dla wyobraźni. Dlatego dzisiejszych filmów Disneya nie da się porównać ze zrobionymi z dwóch kresek animacjami czeskimi. Kiedy widziało się te skromne obrazki pracowała wyobraźnia. Poza tym dzisiaj filmy nie mają „ziarna” czyli rodzaju zasłony, mgły, która dokładnie nie pokazuje co za nią jest.
Myślisz że to ważne?
Bardzo ważne. Twierdzę, że kultura obrazkowa niszczy i będzie niszczyła nam wyobraźnię. Dlatego tak ważne jest to, by czytać teksty, najlepiej na papierze. Nie ma żadnych urządzeń, które mogłyby równać się z tekstem papierowym.
Żaden Kindle?
Kindle jest świetny, bo wezmę go do kieszeni, mam go wszędzie ze sobą, a na nim tysiąc książek. Jest to jednak tylko użytkowe. To tak jakby pisać do kogoś list. Można napisać go na komputerze i tylko podpisać ręcznie. Można też napisać go piórem, na starym papierze bez linii, starając się, by litery były proste. To zupełnie inne poziomy ekspresji, wypowiadania się.
Wróćmy do początków, do książek.
„Hobbit” Tolkiena w szóstej-siódmej klasie. Wcześniej nic sobie nie przypominam.
Rodzice nie czytali Ci bajek na dobranoc?
Raczej oglądaliśmy wieczorynki. Pierwsze spotkanie z książką to była biblioteczka dziadka. Mam tu coś, co było początkiem, czymś co zostało ze mną na całe życie. To książka „Chemia ogólna” Juliana Rotnickiego. Każda książka jest jak dzieło sztuki: ma swój wygląd, odpowiedni papier, który gdy się zestarzeje to inaczej pracuje. Ma swoją grubość, swój szelest, fakturę. Na każdym papierze czcionka wygląda inaczej, może być większa lub mniejsza, druk też jest inny, nanoszony na papier inaczej niż dzisiaj. Chemia kojarzyła mi się z magią, działała na wyobraźnię podobnie jak Tolkien. Byłem wtedy w szóstej klasie i nic nie rozumiałem ze wzorów chemicznych, które czytałem. Chemia w szkole zaczęła się w siódmej lub ósmej klasie, oczywiście dostawałem jedynki, ale wcześniej fascynowałem się nią jak uprawianiem magii. Bardzo podobały mi się stare książki, tu mam podręczniki dla pierwszej i drugiej klasy technikum z 1963 roku. Stare książki miały ryciny, różne rysunki poglądowe, dzisiaj zastąpione zdjęciami. Kiedy je oglądałem miałem wizje uprawiania czarów. Miałem probówkę z nadmanganianem potasu, którą podgrzewałem nad palnikiem, w wyniku czego powstawał tlen, który próbowaliśmy łapać.
Dzięki podręcznikowi wykonałeś samodzielnie doświadczenie!
Oczywiście. Z nadmanganianem potasu było o tyle łatwo, że można było go kupić w aptece.
To była Twoja pierwsza księga czarów?
Od tego się zaczęło. Nie wiem do końca jak ocenić to, że dzisiaj w bibliotece za dwa złote kupuję wycofany ze zbiorów „Zarys mykologii”, książkę o grzybach.
Podręczniki się dezaktualizują.
Ale pewne rzeczy się nie zmieniają, bo dwa razy się nie odkrywa Ameryki… Książka mówi o tym, jak działają grzyby, wszystko to na podstawie reakcji chemicznych, analizy gleby. To zostaje. Tej wiedzy, którą mam w książce nie wygoogluję sobie, bo googlowanie sprawia, że odpływasz w inne rejony na tyle szybko, że nie koncentrujesz się na temacie.
Ubytki, czyli książki wycofane, robią miejsce nowym.
Dlatego zapraszam wszystkich na kiermasze, bo ta książka…
Gleba i jej żyzność”
… to jedna z najpiękniejszych, jakie kupiłem w bibliotece za złotówkę. To amerykański podręcznik akademicki.
O! Masz nawet zakładki!
Tak, bo studiowałem tę książkę, np. cykl fotochemiczny działania rośliny. Gdybym był dzisiejszym siódmoklasistą i wpisał w Google frazę „co je roślina?” to zanim dojdę do tego co w książce mam napisane w jednym akapicie zaleje mnie sterta głupot. Z jednej strony mogę być przez Internet poprowadzony w bardzo głębokie sfery wiedzy, a z drugiej dostaję treści bezsensowne, niezwiązane z tematem. W książce mam wszystko sprecyzowane, buduje się pewna całość.
Czytam bardzo mało beletrystyki. Jeśli już to noblistów i autorów „z najwyższej półki”. Jest tego tak dużo, a nasz czas tak ograniczony, że wybór jest prosty: czytasz najlepszych. Jako młodzieniec zafascynowany uprawianiem swego rodzaju magii zainteresowałem się gwiazdami, odległymi światami. Pojawiała się kwestia zrozumienia kim jesteśmy w przestrzeni. W bibliotece miejskiej były dwie książki o planetach. To było na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wiedza w niej zawarta spowodowała, że bardzo chciałem ją mieć na własność, wypożyczenie nie załatwiało sprawy. To książka „Planety”. Studiowałem ją, dowiadywałem się jak działa Układ Słoneczny. W stosunku do tego co wiemy dzisiaj dużo mogło się zmienić, ale podstawy ruchu planet zostały te same.
Potem była inna książka: „Przewodnik po gwiezdnym niebie”. Ta książka miała mapę. W siódmej klasie, przy pomocy starego krzesła zbudowałem konstrukcję, na której umieściliśmy lunetę należącą do mojego znajomego. Trochę się bujała, ale obserwowaliśmy przez nią gwiazdy. Miałem dziennik, w którym rysowałem jak układają się księżyce Jowisza. Io, Ganimedes, Europa, czwartego nie pamiętam. W ciągu kilku godzin zmieniały one swoją pozycję, to było fascynujące. Dzięki mapie dołączonej do książki zacząłem na niebie dostrzegać graficzne przedstawienie gwiazdozbiorów. Dzięki książce widziałem to oczami wyobraźni.
A jakieś typowe lektury wieku dorastania?
„Rozkosze miłości” Grahama Mastertona . Pisze przeważnie horrory, ale jak widać popełnił też książki z opowiadaniami erotycznymi. W siódmej klasie wszyscy ją sobie pożyczaliśmy, wystarczy zobaczyć jak jest zaczytana. Tak zaczynała się edukacja seksualna.
Książka w moim życiu zawsze pełniła rolę nauczyciela. Bo w szkole i w życiu nie spotkałem nauczycieli, którzy by mnie prowadzili. Byłem nieśmiały, być może podejście pedagogów nie było takie, żeby udało się mnie „wyłowić”. Książki wiązały się dla mnie z wewnętrznymi studiami. Po Mastertonie był Hawking i „Krótka historia czasu”. To książka o czarnych dziurach, pochodzi z 1988 r., więc to początki tej teorii. Wtedy zacząłem interesować się fizyką. Bardzo się cieszyłem gdy naukowcom udało się zrobić pierwsze zdjęcie czarnej dziury i gdy okazało się, że ma ona taki kształt jak wyliczył Hawking. To było święto.
Oprócz zainteresowań czysto naukowych pojawiły się też socjologiczne. Zaczęło się od Zygmunta Baumana. Książka, o której mówię nazywa się „Razem osobno”. W Polsce została wydana w 2003 r., a mówi o globalizacji. Paradoksalna zbitka w tytule mówi o tym, że jest nas jako ludzi tak wielu i tak chcemy mieć swoją przestrzeń, że odsuwamy się od siebie. Każdy alienuje się, zagłębia w swój świat, ale okazuje się, że jest nas tak dużo, że nie ma ucieczki. Autor prezentuje raczej smutne spojrzenie w przyszłość.
W pewnym momencie zaczął się w moim życiu etap poszukiwania Boga. Patrząc w niebo widziałem gwiazdy i to nasunęło mi pytania o Boga. Na religii mówiono o Bogu biblijnym, przedstawiano Jego stereotypowy obraz.
Staruszek z brodą?
Tak. Będąc w pierwszych klasach podstawówki zrobiłem pewien eksperyment. Na ścianie mieliśmy kalendarz z małymi kratkami. W jednej z nich postawiłem kropkę i powiedziałem sobie, że jeśli następnego dnia w kolejnej kratce też będzie kropka, którą postawi Bóg to przyjmę, że on istnieje. Nazajutrz oczywiście kropki nie było, stwierdziłem więc, że Boga nie ma. Potem szukałem koncepcji jakiejś istoty wyższej, bo nigdy do końca nie szedłem w stronę powiedzenia, że po śmierci nie ma nic. Bóg biblijny jednak nie do końca mnie przekonywał. Szukałem. Trafiłem na Richarda Dawkinsa. To intelektualista, który bardzo mocno bronił darwinowskiej teorii doboru naturalnego. Utrzymywał, że stworzenie jest procesem bazującym na kontakcie żywego organizmu ze światem, w którym on funkcjonuje. Fizyka kształtuje organizm, który ma cechę mówiącą o tym, że musi on żyć, a żeby żyć musi walczyć o to, by nikt mu życia nie zabrał. Chciałbym przeczytać fragment ze wstępu do książki Dawkinsa: „Czy nie starczy, że ogród jest piękny? Czy muszą w nim jeszcze mieszkać wróżki?” Człowiek patrząc na piękno świata myśli, że ktoś musiał je stworzyć. Dawkins zaś po prostu stwierdza, że świat jest piękny.
Czym jeszcze się zaczytywaliśmy? „Życiem po życiu”. To niewielka książka, realcje osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Ci ludzie, którzy byli częściowo po drugiej stronie mogli opowiedzieć co tam się wydarzyło.
To mogło być fascynujące.
Tak. Pamiętam też książkę „My, dzieci z dworca zoo”. To opis życia narkomanki z Berlina Zachodniego, uzależnionej od heroiny. Ta książka to był dla mnie rodzaj studiów, które pokazały mi tę rzeczywistość i to, że nic dobrego z niej nie wynika.
To była swego czasu bardzo popularna lektura wśród nastolatków.
Z okresu dorastania wymienię dwie pozycje. Pierwsza to „Buszujący w zbożu”.
A jednak powieść.
Po przeczytaniu tej książki czułem się doroślejszy, trafiała ona w emocje dorastającego nastolatka. Była jeszcze jedna przepiękna książka, którą po raz pierwszy porównałem do nakręconego na jej podstawie filmu. Chodzi o „Greka Zorbę”. Książka była cudowna i w momencie kiedy obejrzałem ekranizację, w której Greka Zorbę grał…
Anthony Quinn?
…okazało się, że w wyobraźni miałem zupełnie inną postać; zdałem sobie wtedy sprawę, że książka i jej ekranizacja to dwie różne rzeczy, a film zawsze przegrywa.
Ty to mówisz?
Tak, i dzisiaj to powtarzam. Wygra raczej książka niż film na jej podstawie. Kiedyś dużo myślałem o tym dlaczego tak jest. Doszedłem do wniosku, że książkę czyta się o wiele dłużej niż ogląda film. Podczas czytania jest zatem więcej czasu na to, żeby sobie wszystko wyobrazić.
Zaczęło się moje zainteresowanie fotografią. W latach dwutysięcznych nie można było jeszcze podróżować w sposób taki jak dziś, tym bardziej na zachód. Podróżowało się więc rowerem. Z przyjaciółmi jeździliśmy w ten sposób po Europie. To było świetne, bo mając pięćset złotych w kieszeni można było spędzić czterdzieści dni w Europie. Pamiętam antykwariaty w Anglii. Za grosze można było tam kupić świetne książki. Podczas podróży przy okazji pracowaliśmy w ogrodnictwie i pięć funtów, które zapłaciłem za jedną z książek to była godzina pracy. Przywiozłem np. „Podręcznik fotografii studyjnej”, który do dziś ma charakterystyczny zapach odczynników chemicznych, bo leżał w ciemni. Jest tu dużo zdjęć wraz z opisami mówiącymi o tym w jaki sposób były one zrobione. Są wskazówki jak w odpowiedni sposób ustawić aparat i dobrać światło. Ważna jest świadomość, że cały czas mam dostęp do tej wiedzy, bo ona stoi w konkretnym miejscu na półce. Nawet jeśli zabraknie prądu ona dalej tam będzie. W każdej chwili mogę się nią zainspirować szukając pomysłów.
Pojawia się Internet, a wraz z nim książki pirackie.
Dobrodziejstwo“ sieci.
W pewnym sensie tak. To jest książka, na której kupno nie mogłem sobie pozwolić po pierwsze z powodu jej ceny, a po drugie z braku polskiego wydania. „Mastering audio” Boba Katza.
Przeczytałeś ją?
Oczywiście; interesowałem się przetwarzaniem dźwięku, filmy przyszły potem. Dźwięk to podstawowa część filmu, według mnie sześćdziesiąt procent filmowego przekazu to właśnie dźwięk. Jest to również coś czego nie można zobaczyć, a bardzo ważne jest to, by zrozumieć jak dźwięk powstaje i rozchodzi się w przestrzeni. Tę książkę wydrukowałem z Internetu, z jakiegoś strasznej jakości skanu. Żałuję, że nie ma już introligatorni, do której mógłbym ją zanieść. Oprawiłem tę książkę sam. Kartki, w których wywierciłem dziury skręciłem śrubami. Czytałem tę książkę przez całą zimę. To specjalistyczna pozycja na temat pracy z dźwiękiem cyfrowym, jego obróbki, masteringu. Przestudiowałem tę książkę w angielskim oryginale. Było to trudne, bo na początku niewiele rozumiałem. Są tu notatki, które robiłem w trakcie lektury. Nie dało się tego czytać tak jak beletrystyki, trzeba było robić to uważnie i ze zrozumieniem. Po przeczytaniu tej książki wypisałem sobie rzeczy, które były kamieniami milowymi mojej wiedzy o dźwięku. Odkryłem wtedy też, że książki należy czytać w oryginale, bo to pomaga lepiej zrozumieć dane zagadnienie. Moim zdaniem najlepszy jest do tego angielski, nie wiem jak jest z niemieckim, bo nie znam go na tyle, żeby czytać podręczniki.
Przekład też jest sztuką!
Fakt, jeżeli można było przetłumaczyć Joyce’a to da się przełożyć wszystko. W tym przypadku tłumaczowi zajęło to dwanaście lat, ale udało się.
Kiedy zacząłem patrzeć w gwiazdy zainteresowałem się literaturą science-fiction, głównie amerykańską. Philip K. Dick. Napisał niezliczone ilości opowiadań. Oscylował ciągle wokół tego co to jest rzeczywistość. Pisał opowiadania, które mówiły o tym jak bardzo może być ona dziwna.
W jego przypadku było to połączone z jego doświadczeniem życiowym, chorował chyba na schizofrenię?
Na pewno eksperymentował z narkotykami, miewał przeżycia mistyczne i religijne, pięć małżeństw, liczne romanse, zaburzenia psychiczne. To jego biografia, przypomina opowiadania, które pisał. Jedna z żon postawiła mu ultimatum, że nie może pisać w dzień. Pracował więc nocami. W twórczości fantazjował na temat rzeczywistości i kreował zupełnie inne światy niż ten, którego doświadczamy.
W związku z zainteresowaniem tym co jest po życiu, poza krawędzią rzeczywistości, z czasem naturalnie pojawił się też rodzaj podlaskiej magii, słowiańszczyzna. Powiem teraz o książce Leszka Mateli „Magiczne zakątki”. To opowieść o różnych miejscach, które mamy niedaleko, a które on nazywa magicznymi po zbadaniu ich wahadełkiem, jest radiestetą. Są to miejsca nawiązujące do słowiańskich gajów, mające w sobie pewien rodzaj magnetyzmu.
Z tego co widzę to głównie cerkwie.
Tak, ale są też miejsca typowo przyrodnicze, np. kilkusetletnie dęby.
Doceniłeś dzięki temu swój region?
Tak, chciałem pokazać coś pięknego wizualnie, dlatego zrobiłem kilka filmów nawiązujących do tego przewodnika. Książka pokazała mi, że to, czego ja szukałem, co pokazywałem i co czułem, jest zgodne z tym co mówi autor.
Dzięki temu powstał film o cerkwiach 3D.
Powstał też film o Bielsku Podlaskim, dziś o wartości dokumentalnej, bo części widocznych w nim domów już nie ma.
W latach dwutysięcznych moja siostra studiowała w Mińsku na Białorusi. Jeździłem do niej. Wszedłem kiedyś do antykwariatu i za grosze „upolowałem” słownik używany w college’ach amerykańskich.
Ciekawe wydanie.
Dzięki wgłębieniom na palce szybko można odnaleźć dane słowo.
Nie wiedziałam, że mamy taką książkę.
To był czas, kiedy uczyłem się angielskiego. Żeby to robić czytałem thrillery. Słowa, których nie rozumiałem wypisywałem sobie na kartce i odnajdywałem je w słowniku. Jest to słownik, w którym znaczenie wyrazu odczytujesz w kontekście.
Angielsko-angielski.
Wcześniej miałem mały słownik Longmana. O! To też książka z biblioteki, kupiona za dwa złote. „Biologia”.
Wzbogaciłeś księgozbiór o podręczniki.
Mając tę książkę jestem w stanie rozumieć świat, a w razie apokalipsy zbudować własną, małą cywilizację.
Wiesz o tym, że ta książka mogłaby też wylądować w piecu gdybyś chciał przetrwać w razie zimna?
Nie, nie ma takiej możliwości. A tu „Atlas świata”. Uratowałem tę książkę, kiedy porządkowaliśmy mieszkanie po Twoich rodzicach.
Nie pamiętam, ale cieszę się, że to zrobiłeś.
Ta książka jest czymś co mówi o naszym świecie. Są tu mapy, ale jednocześnie bardzo precyzyjny opis naszej planety. Wszystko pokazane jest bardzo prosto, za pomocą grafik. Rozumiejąc np. działanie prądów morskich na Ziemi możemy wywnioskować dlaczego w Polsce w listopadzie nie ma śniegu.
Trzeba umieć wyciągnąć wnioski.
Tak. I dobrze mieć kogoś kto wytłumaczy, ale tutaj wszystko to jest przekazane w małej skali. Powstanie życia, rozprzestrzenianie się gatunku ludzkiego, wszystkie wiadomości w jednym miejscu. Dziś tę wiedzę można unowocześnić, ale podstawa z dziewięćdziesięciu procentach jest ta sama.
Stąd wyszło Twoje zainteresowanie człowiekiem?
Tak. Zawsze fascynowałem się człowiekiem i był taki moment, że zacząłem o nim myśleć jako o gatunku zamieszkującym planetę, jednym z wielu ssaków. Nagle okazało się, że dzięki spojrzeniu na nas w sposób taki jak patrzy zoolog łatwiej mi jest zrozumieć naszą cywilizację i nas wszystkich. Mam tu książkę Robina Dunbara „Psychologia ewolucyjna”. To praca naukowa bazująca na pewnej tezie. Homo sapiens rozwinął się dlatego, że rozwinął coś takiego jak budżety czasowe. Miał zapas czasu, mógł więc coś z nim zrobić, rozwijać się. Rozwinęliśmy się, bo nauczyliśmy się oszczędzać czas. Tę książkę też czytałem długo. Przyznam szczerze, że dziś mogę ją czytać jeszcze raz.
Zapomniałeś?
Tak. Po lekturze zostają mi w pamięci tylko drogowskazy. Do opanowania świata potrzebowaliśmy wspólnego działania. Jak powstawały większe skupiska ludzkie, grupy społeczne, religie – to wszystko jest tu opisane. Potem pojawił się Harari, izraelski profesor historii. Napisał książkę „Sapiens”, przeczytałem ją niestety w pirackim pdf, ale mam resztę jego książek. „Homo Deus” i „21 lekcji na 21 wiek”. W „Sapiens” opisuje rozwój człowieka od strony historycznej. Dlaczego Holandia była kiedyś imperium? Jak powstały pierwsze towarzystwa ubezpieczeniowe? Na te i inne pytania odpowiada jako historyk kultury. Temat rozwoju człowieka jest tak szeroki, że nie da się go ująć w jednej książce, bo trzeba na to patrzeć z różnych punktów widzenia.
Zostało Ci jeszcze wiele książek do przeczytania?
Tak. Kocham intelektualistów. Uwielbiam ludzi, którzy są inteligentni. Kiedy masz kontakt z takimi ludźmi i ich pracami czujesz się tak, jak podczas kontaktu ze sztuką, z czymś przepięknym. Mam tu książkę Alberta Einsteina „Jak wyobrażam sobie świat”. Kupiłem ją na festiwalu książki w Krakowie. Ty wprowadziłaś w moje życie przekonanie, że warto kupić książkę, żeby ją mieć. Wracając do Einsteina. Ta książka to zbiór pism, przemówień. Dużo jest tu przestrzegania świata przed tym co może się wydarzyć. Po opublikowaniu teorii względności Einstein został na świecie powszechnie uznany za osobę wybitną, co dało mu możliwość występowania przed szacownymi gremiami i była gwarancja tego, że ludzie go posłuchają. Są to krótkie wypowiedzi, bardzo celne, gdzie w niewielu słowach zawarte jest wszystko. Chciałbym przytoczyć cytat: „
Ktoś, kto czyta wyłącznie gazety i najlepsze książki współczesnych autorów wydaje mi się wyjątkowo krótkowzroczną osobą, która z lekceważeniem podchodzi do używania okularów. Taki osobnik pozostaje całkowicie zależny od uprzedzeń i mody swoich czasów, ponieważ nigdy nie próbuje dostrzec ani usłyszeć niczego innego. A to czy taka osoba myśli samodzielnie bez stymulacji poprzez poglądy i doświadczenia innych ludzi jest nawet w najlepszym przypadku błahe i bezbarwne. W ciągu wieków pojawiło się tylko kilka oświeconych osób z jasnym umysłem i stylem oraz dobrym smakiem. To, co zachowało się z ich dzieł należy do najcenniejszych zdobyczy ludzkości. Garstce starożytnych zawdzięczamy to, że ludzie w średniowieczu mogli powoli wyzwalać się z przesądów i niewiedzy, które pogrążyły w ciemnościach życie przez ponad pół tysiąclecia. Niczego więcej nie potrzeba by przezwyciężyć modernistyczny snobizm”.
Tym chciałem zakończyć.
Rozumiem, że warto sięgać do mądrości zawartej w książkach?
Zdecydowanie.
To co wytwarzaliśmy przez cały czas naszego rozwoju pozostaje bezcenne. Czasem kosztuje to 1,50 zł. w bibliotece i można to mieć u siebie na półce.
I w każdej chwili po to sięgnąć.
Mieć poczucie, że to masz i jeśli stanie się coś bardzo złego możesz odbudować swoją cywilizację, bo posiadasz wiedzę.
Dziękuję Ci za rozmowę.
Dziękuję.


Marek Włodzimirow

Marek Włodzimirow (producent, pracuje jako operator, montażysta filmowy) – współtwórca Stowarzyszenia Edukacji Filmowej. Autor zdjęć do filmów dokumentalnych i fabularnych, teledysków, reklamówek, animacji komputerowych, filmów wirusowych i wizualizacji. Organizator i instruktor warsztatów filmowych. Zdobywca nagród na festiwalach kina niezależnego w Polsce. Wraz z Stowarzyszeniem Edukacji Filmowej wyprodukował kilkanaście filmów dokumentalnych ukazujących niezwykłość Podlasia. Jest jednym z pomysłodawców i producentem pełnometrażowego filmu fabularnego “Wnyki” nawiązującego do filmu “Znachor” z 1981.


Fotografie: Izabela Pług


logo MKiDN

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Udostępnij
Skip to content