z książką przez życie

Projekt „Z książką przez życie” realizowany jest przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Bielsku Podlaskim w ramach zadania „Partnerstwo dla książki” ze środków finansowych Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu.

Rozmowa z Ireną Piwowar „Orynką”

Irena Piwowar

IWONA BIELECKA-WŁODZIMIROW: Dzień dobry Pani Ireno

IRENA PIWOWAR: Dzień dobry

Dzisiaj w naszej Zielonej Czytelni, w miłej atmosferze, porozmawiamy o książkach z Panią Ireną Piwowar.

Bardzo mi miło.

Mamy ze sobą wiele egzemplarzy książek bliskich Pani Irenie i będziemy je podczas spotkania przywoływać, ale na początek proszę powiedzieć jak długo Pani mieszka w Bielsku i jak długo jest pani związana z tym miejscem na Podlasiu?

Z Podlasiem związana jestem od roku 1984, czyli minęło już 36 lat. W Bielsku Podlaskim mieszkam 16 rok, od sierpnia 2005. Po drodze były rozmaite perypetie; mam barwne życie i kocham je. Jestem bardzo aktywnym człowiekiem, lubię dużo się ruszać, kocham bibliotekę, bo byłam jej sąsiadką przez wiele lat i nadal jestem. Kocham kulturę bielską, ten bielski zlepek rozmaitości, przywykłam do tego. Bywam w różnych miejscach, również takich, co do których ludzie mogą dziwić się, że ja jako osoba wyrwana z daleka odnalazłam się w nich. Czuję się tu dobrze.

Związana jest Pani z naszą biblioteką od strony czytelniczej, ale miała pani tu już kilka spotkań autorskich?

Zgadza się. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie Orynkę (to mój pseudonim) może wejść w Google i tam wpisać hasło Irena piwowar vel „Orynka”. Odnajdzie spotkania autorskie, które bardzo kochałam i cierpiałam kiedy przyszła pandemia i zamknięto moją bibliotekę. Byłam znanym czytelnikiem w Czytelni dla Dorosłych. Pani Grażyna, która już odeszła na emeryturę zawsze pytała mnie czego jeszcze nie przeczytałam. Kochałam tu przychodzić, brać do rąk książki, czytać je i chyba zostanie mi to do śmierci. Odwiedzam też Bielski Dom Kultury, ale bardziej czuję się związana z biblioteką, bo pierwsze kroki, które stawiałam w Bielsku jeśli idzie o kulturę to była biblioteka. Potem udało mi się wydać moje książki, pierwsze kroki w piśmiennictwie stawiałam właśnie tu w bibliotece. Do biblioteki przyjeżdżała telewizja kablowa, pokazywano mnie na wizji, tu w bibliotece przyjmowały mnie panie bibliotekarki, przychodzili tu moi sympatycy.

Dużo dobrych wspomnień.

Tak. Jestem z biblioteką bardzo, bardzo związana. Gdyby jej nie było płakałabym.

Myślę o tym dlaczego biblioteka jest Pani bliska. Może nie tyle z powodu promocji książek, relacji z naszymi pracownikami, którzy Panią bardzo lubią, ale dlatego, że książki, tak jak Pani mówiła, od dzieciństwa Pani towarzyszyły i to książka jest tym elementem, który jeszcze bardziej przyciąga?

Tak, tak. Myślę, że kiedy będę umierała poproszę, by mi jakąś książkę włożono do trumny. Od najmłodszych lat, od momentu kiedy nauczyłam się czytać książki są mi bliskie. Nie miałam zabawek, to były lata powojenne, rodzice byli nauczycielami, mieli czworo dzieci. Nie było pieniędzy na luksusy, zabawki. Mama musiała postarać się by dzieci miały wszystko czego potrzebują. Dzieci rodziły się co dwa lata, wszystkie były zdolne, uczyły się, mają pokończone dobre szkoły.

Wszystkie dzieci nauczyły się czytać tak samoistnie jak Pani?

Nie. Ja byłam zdolna, byłam samoukiem. Kiedy pracowałam ze studentami przychodziłam do czytelni, czytałam literaturę fachową, a później przekazywałam wiedzę studentom. Znam bardzo wielu studentów, którzy są mi wdzięczni, bo dzięki mnie pokończyli studia.

Czytanie zaczynałam od „Trybuny Ludu”. Pierwszy napis, który odczytałam to „Proletariusze wszystkich krajów – łączcie się. Zapamiętałam go, nauczyłam się na pamięć i do śmierci będę pamiętać.

Czytać potrafiłam już jako pięciolatka. Rodzice zawieźli mnie do specjalistycznej poradni w Krakowie. Pan powiedział, że jestem ponadprzeciętna, w moich dokumentach jest orzeczenie. Poradził mamie żebym poszła do szkoły. Umysłowo się wyróżniałam, ale fizycznie nie.

W pierwszej klasie, kiedy umiałam już to, czego inni jeszcze się nie nauczyli, mówiłam nauczycielce, że boli mnie brzuch. Ona wysyłała mnie do domu, a ja brałam wiaderko, łopatkę i szłam do piaskownicy. Brakowało mi zabawy. Psychika nie szła w parze z fizycznością. Byłam inteligentna, ale bardziej dziecinna od innych. W Liceum Pedagogicznym potrafiłam się buntować, pyskować do nauczyciela. Broniło mnie to, że byłam szkolną „maskotką”, najmłodszą uczennicą, a poza tym dzieckiem nauczycieli.

Sięgając pamięcią do książek, które przeczytała Pani na przestrzeni swojego życia proszę powiedzieć czy na którejś z nich się Pani wzorowała, czy jakiś bohater był dla Pani wzorem do naśladowania?

Moim wzorem do naśladowania zawsze był Jan Kochanowski.

Zaskoczyła mnie Pani. Jan Kochanowski kojarzy mi się z lekturą w szkole podstawowej, „Trenami”, Czarnolasem, lipą.

Niekoniecznie. Zresztą podobna do czarnoleskiej lipa, równie potężna, rośnie w Parcewie. Gdy tam jestem obejmuję ją i z nią rozmawiam. Zdarza mi się pisać w jej cieniu, czasem siedzę tam do późnych godzin. Jestem osobą, która bardzo kocha przyrodę. Bardzo podoba mi się wasz ogródek na balkonie. Kocham też poezję.

Jaką poezję lubi Pani czytać?

Kocham Jesienina. W życiu wzorowałam się na literaturze rosyjskiej, uwielbiam ją.

Czy czytała ją Pani w oryginale?

Nie, nie miałam okazji. Może jeszcze kiedyś spróbuję. Bardzo kochałam Jesienina. Zmarł tragicznie jako młody człowiek. Jego poezja jest piękna.

(cytuje z pamięci)

„Jak wiele dróg poznałem,
Jak mało w życiu ja widziałem”.

To fragment tłumaczenia na język polski. Kocham też Puszkina. Uwielbiam Mickiewicza i Staffa. „Deszcz jesienny” Staffa to coś cudownego, podobnie jak „Kowal”. Lubię też „Dusiołka” Leśmiana i twórczość Boya – Żeleńskiego.

Czy można powiedzieć, że książki doprowadziły Panią do wykonywania zawodu nauczyciela?

Powiem troszkę inaczej. Bardzo chciałam być aktorką, podobno mam talent. Jednak ze względu na ciężką chorobę musiałam zostać nauczycielką. Moja ukochana zabawa w dzieciństwie to były gazety, wyimaginowani uczniowie i bycie nauczycielką,

Kochałam Liceum Pedagogiczne, wszystkich swoich nauczycieli, pamiętam ich do dzisiaj. W szkole zdobyłam szlify prawdziwego nauczyciela.

Wróćmy do początków. Książka, która jest tutaj na samym dnie stosu?

Tak, to książka, którą znam na pamięć, bo bardzo ją kochałam kiedy byłam dziewczynką. „Dzieci z Leszczynowej Górki”.

Proszę zobaczyć ile wypożyczeń!

To jest książka opowiadająca o dwójce dzieci leśniczego.

Może stąd u Pani ta miłość do przyrody?

Tak, właśnie! W tej książce dużo jest o leśnictwie, o tym co ciekawego można zobaczyć w lesie. To jest tak pięknie opisane, że już małe dziecko uczy się szacunku do przyrody, np. do mrowiska, którego nie zniszczy czy do drobnych zwierząt. Ta książka wychowuje. Jest opowieścią o życiu w leśniczówce, przyrodzie, zwierzętach i o ludziach, którzy żyli dawniej. Książka jest już stara, została wydana w 1951 r. Jest napisana ciepłym, prostym językiem, który kocham. Nie lubię zawiłości w języku. Prostota łatwiej dociera do ludzi, a im więcej twórca ma czytelników tym lepszym jest pisarzem. Dlaczego tak mówię? Gdy wydawałam swoje książki dwa razy robiłam dodruk, a to znaczy, że dobrze je napisałam.

Co tam jeszcze mamy? Porazińska…

Właśnie! „Co słonko widziało”. To lektura do trzeciej klasy, o ile dobrze pamiętam. Książka opowiadająca o zmianach cyklicznych w przyrodzie. Na bazie tej książki można było prowadzić lekcję środowiska przyrodniczego. Porazińska napisała też opowieść o życiu Jana Kochanowskiego, która mnie urzekła. To książka opisująca dzieciństwo poety. Pamiętam z niej historię o tym, jak Kochanowski trafił jako dziecko do Collegium Maius w Krakowie. Napisał wiersz na cześć zmarłej austriackiej księżniczki Elżbiety, która została już królową Polski. Pisząc go zasnął. Opiekun bursy znalazł utwór, przeczytał go i stwierdził, że Kochanowski zostanie wielkim człowiekiem. Wzoruję się na nim, ale też na wielu innych pisarzach, kocham też Orzeszkową. Czytając książkę potrafię się rozpłakać. Jestem bardzo emocjonalna, uważam, że emocje są najważniejsze dla pisarza, poety, artysty. Ja żyję emocjami.

Opisy przyrody u Orzeszkowej niektórzy tylko przekartkowują, ale jest tam wiele emocji, miłości do przyrody?

Tak! Byłam nad rzeką Niemen, znam Białoruś, bo z zespołem Wasiloczki jeździłam po różnych miejscach tego kraju i muszę powiedzieć, że opis Orzeszkowej rzeczywiście oddaje piękno białoruskiej ziemi. Widziałam to na własne oczy. Coś pięknego. Tam jest bardzo czysto. Nie znajdzie się tam śmieci. Jest idealnie, spokój, cisza, można oddychać, patrzeć i płynąć leniwie z falami wody. To jest piękne, bardzo to lubię. Bazuję na przyrodzie, jej opisach, w mojej twórczości można je znaleźć. Piszę to co czuję i kocham to robić. Sprzedaję to ludziom, czytelnikom.

Najbardziej zaskakującym dla mnie faktem było to, że zaczytywała się Pani w Karolu Mayu i w powieści przygodowej, typowo chłopięcej?

Byłam wtedy jeszcze młodą dziewczyną, podlotkiem. Czytałam w języku niemieckim. Muszę powiedzieć, że zachwycałam się tymi bohaterami, bardzo było mi żal Indian. Czytałam o rezerwatach dla nich, to było dla mnie straszne. Zaczytywałam się tym, cieszyli mnie tacy bohaterowie jak Old Shatterhand, który był białym bratem Indian. Było to dla mnie coś cudownego. Myślę, że Karol May wychował nie tylko mnie, ale więcej ludzi. Potrafił pokazać uczucia.

Myślę że znajdowała tam Pani dużo empatii?

Dokładnie! Moim wielkim marzeniem było to, żeby pojechać do Ameryki i zobaczyć ten świat. Podobnie po przeczytaniu „Chaty wuja Toma” chciałam zobaczyć prawdziwego Murzyna. Dziś mam wielu przyjaciół na zachodzie, choć w Ameryce niestety nie byłam.

Pani Ireno, wracamy do czasów młodości, burzliwego czasu dojrzewania. Co wtedy czytały dziewczyny w Pani wieku?

Bardzo kochałam „Anię z Zielonego Wzgórza”. Utożsamiałam się z nią, bo miałam trochę podobny kolor włosów, a poza tym, tak jak bohaterka, bogatą wyobraźnię.. Podobnie jak Ania zostałam nauczycielką. Czytałam też inne książki Lucy Montgomery, np. „Błękitny zamek”. Pisarka ta tworzyła ciepłe historie, choć sama była bardzo nieszczęśliwa.

Inna ważna autorka to Irena Jurgielewiczowa. Jej książki to już czas wkraczania w dorosłość, pierwszych miłości. Istotną pozycją były „Słoneczniki” Haliny Snopkiewicz. Jest to książka pamiętnikarska, opowiadająca historię dorastającej dziewczyny, jej pierwszych miłości i problemów. Autorka umiała wczuć się w sytuację nastolatki i trafnie ukazała jej psychikę.

Czy można zaryzykować twierdzenie, że książki oswajały Panią z dorosłym życiem?

Tak. Książki nauczyły mnie żyć, znaleźć swoje miejsce w różnych środowiskach. Dzięki książkom nauczyłam się też rozmawiać z młodzieżą. Wiedziałam jak dotrzeć do tej specyficznej grupy, która nie lubi dopuszczać do siebie dorosłych. Do dziś odzywają się do mnie dawni uczniowie, którzy mnie pamiętają.

Czy na Pani wrażliwość wpłynęła twórczość Żeromskiego?

Lubię jego twórczość, aczkolwiek uważam, że to kontrowersyjna i specyficzna postać. Miał on szansę na Nagrodę Nobla, ale nie dostał jej, bo okrzyknięto go antysemitą. Twórczość Żeromskiego kojarzy mi się z tym, co pisał Emil Zola. Obaj tworzyli w duchu naturalizmu. U Żeromskiego podoba mi się to, że nie ubogaca ani nie upiększa tego o czym pisze, przedstawia rzeczywistość taką jaką ją widzi. Bardzo lubię też twórczość Prusa, który pięknie opisał Warszawę swoich czasów. Podoba mi się postać Wokulskiego.

Co my tu mamy? Maria Rodziewiczówna…

Kocham jej twórczość. Rodziewiczówna w cudowny sposób opisała dawne Kresy i rzekę Niemen. Ukazywała też uniwersalne problemy podobne do tych, które mamy dzisiaj używając przy tym pięknego języka.

Są tu też powieści Stanisławy Fleszerowej – Muskat?

Autorka ta pisała o czasach wojennych nawiązując jednocześnie do starożytności i mitologii.

Ostatnia autorka, której książki są tutaj z nami to Zofia Nałkowska?

Zofia Nałkowska bardzo zaimponowała mi „Medalionami”. W suchy i zimny sposób, na podstawie relacji uczestników zdarzeń, zrelacjonowała straszne rzeczy. Bardzo pasują tu słowa stanowiące motto książki” „ludzie ludziom zgotowali ten los”. „Granicę” uważam za książkę mistrzowską. Autorka w bardzo mądry sposób pokazała ludzi bogatych, którzy wykorzystywali biednych. Główny bohater – Ziembiewicz przekraczał wszelkie możliwe granice: psychologiczną, ludzką. To wyjątkowo plugawa postać. Nałkowska w naturalny sposób pokazała istnienie warstw społecznych i to jak trudno jest przebić się wyżej.

Czy z punktu widzenia humanistki po lekturze Nałkowskiej nie zwątpiła Pani w człowieka?

W swoim życiu zawsze spotykałam osoby, które przywracały mi wiarę w ludzi nawet wtedy, gdy ją na chwilę traciłam. Patrząc na dzisiejsze czasy, na pęd za pieniędzmi i utratę wartości równie łatwo można zwątpić w człowieka.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę Pani wielu sukcesów.

Dziękuję bardzo.


Rozmowa z Ireną Piwowar „Orynką”

Irena Piwowar „Orynka” – autorka „Wspomnień o archimandrycie Gabrielu”, tomików wierszy satyrycznych: „Spirala Śmiechu przez łzy”, „Kraj się śmieje”, „A co tam Panie u nas w tej Polsce słychać?” oraz opowiadań „Kamienny różaniec”; mimo, iż z pochodzenia jest ślązaczką, pół – Polką i pół – Niemką, od dawna zakochana jest w Podlasiu. Życie zawodowe poświęciła pracy w szkole, pracując jako nauczycielka języka polskiego. Tańczy i śpiewa w ludowym zespole Wasiloczki przy Bielskim Domu Kultury. Pisze felietony do kwartalnika „Biebrzańskim szlakiem”, dla wiernego grona odbiorców swojej twórczości prowadzi profil na Facebook pn. Spotkania literackie z Orynką.


Ustawienia czcionki