Krzysztof Łapiński

z książką przez życie

Projekt „Z książką przez życie” realizowany jest przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Bielsku Podlaskim w ramach zadania „Partnerstwo dla książki” ze środków finansowych Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu.

Rozmowa z Krzysztofem Łapińskim

„Z książką przez życie”, rozmowa z Krzysztofem Łapińskim

Iwona Bielecka-Włodzimirow: Dzień dobry.

Krzysztof Łapiński: Dzień dobry.

Jest z nami dzisiaj Pan Krzysztof Łapiński, filozof, autor książki dla dzieci pt. ,,Dzik Dzikus”. Można powiedzieć, że Pan jest już pisarzem, czy tylko autorem jednej książki?

Pisarzem początkującym. Mam na koncie jeszcze książki naukowe i przekłady, a w kolejce jest już druga część ,,Dzika Dzikusa”, a więc na jednej się nie skończy.

Z urodzenia bielszczanin, ale mieszkający obecnie w Warszawie, wciąż związany rodzinnie z Bielskiem. Czy jakiś sentyment do tego małego miasteczka na Podlasiu pozostał?

Na pewno. Z takich miasteczek nie da się tak do końca wyprowadzić. One zawsze pozostają w człowieku. Wracam zresztą tutaj regularnie do rodziny. Bardzo lubię lokalną przyrodę. Górale, którzy tu bywają, są zszokowani, że krajobraz może być tak płaski, a dla mnie jest onnaturalny.

Projekt „Z książką przez życie’’ był obmyślony jako przywołanie pewnych wspomnień związanych z książką. Jednak by dojść do wspomnień i anegdot chciałabym zadać pytanie zasadnicze, definicyjne. Czym dla Pana jest książka?

Literaturaprzenosi mnie w inny wymiar, jest jak portal, który pozwala dotrzeć w wyobraźni gdzieś daleko. Książka to okazja do podjęcia dialogu z autorem, soczewka, w której skupia się i intensyfikuje fragment czyjejś egzystencji. Otrzymujemy coś, nad czym autor intensywnie koncentrował się przez część swego życia, zawarł najwartościowsze przemyślenia, a my możemy z tego skorzystać.

Czy książka towarzyszyła Panu od wczesnego dzieciństwa? Czy pamięta Pan książki, które były czytane Panu przez rodziców, innych dorosłych?

Lepiej pamiętam te trochę późniejsze. Miałem kilka ulubionych, na przykład trylogię Szklarskich „Złoto Gór Czarnych” o Indianach. Dzisiaj odchodzi się od terminu Indianin, bo jest wynikiem pomyłki Kolumba, a ponadto został narzucony mieszkańcom Ameryki przez tych, którzy przybyli jako najeźdźcy. Obecnie mówimy na przykład o rdzennej ludności Ameryki. Dla nas Indianin w tamtych czasach to był ideał kogoś, kto walczył o wolność, kto był niezależny, odważny. W dzieciństwie jedną z moich ulubionych książek były „Przygody Tomka Sawyera” Marka Twaina.Jej akcja dzieje się w małym miasteczku na amerykańskiej prowincji, można więc było odnaleźć podobieństwo do małego miasteczka na Podlasiu. Myślę, że urzekła mnie w tej powieści wolność, jaką odczuwali jej młodzi bohaterowie, którzy nie poddawali się dorosłym, kreując swoją rzeczywistość. Dzisiaj patrzę jednak na tę książkę nieco mniej naiwnie. Na przykład czarni przedstawieni są tam zawsze jako głupsi od białych, z kolei Indianin jest przestępcą i alkoholikiem. Twain powiela stereotypy i wzmacnia je, zamiast z nimi walczyć.

Muszę go trochę obronić, bo żył w świecie podzielonym, pełnym rasizmu.

Biorę to pod uwagę, ale mimo to czuję żal, że Twain jako pisarz, a więc ktoś, kto powinien patrzeć przenikliwiej i tym samym przełamywać stereotypy, nie zrobił tego.

Czyli Indianie. Powiedziałabym: takie typowe, chłopięce lektury.

Typowe, choć dla mnie wtedy były wyjątkowe.

Indianie, przygody, wolność, przyroda?

Rozległe prerie, dalekie kraje. Jako dorosły człowiek podróżowałem po tych preriach kilkalat temu w ramach stypendium naukowego.

Skonfrontował Pan te wyobrażenia z rzeczywistością?

Tak. Teraz na preriach rosną pola kukurydzy, ciągnące się po horyzont, a dla Indian utworzono rezerwaty, starając się ich zmarginalizować.

Mamy tutaj książki Alfreda Szklarskiego. Czy pamięta Pan przygodową twórczość innych autorów, np. cykl o Panu Samochodziku?

,,Pan Samochodzik’’ to było must be. Oglądałem również filmy, które powstały na kanwie jego przygód. Był to PRL-owski James Bond, walczący z Niemcami, którzy kradli nam zabytki.

Czyli można podsumować, że dla Pana książka jest skarbnicą wiedzy, rodzajem rozrywki, tak jak w czasach chłopięcych, ale też przemyślanym, głębokim, wielowymiarowym tekstem kultury?

Mówiąc ogólnie, człowiek to istota opowiadająca, żyjąca wśród opowieści, narracyjna. Stąd kluczowa jest nasza wyobraźnia i to, jak opowiadamy o rzeczywistości. Uważam, że w książkach znaleźć można jej najwartościowsze interpretacje.

Myślę, że mówiąc o powieści w kontekście cywilizacyjnym, scalającym, za fundament możemy uznać Homera, którego Pan ze sobą przyniósł.

„Iliada” i „Odyseja” to podwaliny kultury europejskiej, arcydzieła, utwory-archetypy, do których cały czas się odwołujemy i żyjemy nimi.

Kiedy pierwszy raz zetknął się Pan z Homerem, na studiach czy wcześniej?

Wcześniej, w szkole podstawowej. Oprócz filozofii studiowałem też filologię klasyczną, gdzie bardzo dokładnie analizowaliśmy oba eposy.

Podejrzewam, że w oryginale.

Tak, dzięki temu jeszcze lepiej widzi się siłę opowieści. Książki być może wydają się niektórym ludziom czymś mało istotnym, ale to właśnie w nich ukryta jest siła zmiany rzeczywistości i naszego sposobu myślenia. I tu pojawia się kontekst biblioteki.

Tak, jesteśmy w bibliotece i bardzo chciałabym do niej nawiązać.

Taka instytucja jak biblioteka jest bardzo ważna, ponieważ trafiają tu młodzi ludzie, którzy szukają odpowiedzi na swoje pytania. Odnajdują je w książkach. Kształtują swoje młode umysły. Często jest to newralgiczny moment w życiu, kiedy stykamy się z pewnymi książkami, które oddziałują na nas w taki sposób, w jaki być może nie wpłynęłyby w dorosłości.Powiem więcej – uważam, że biblioteka może być miejscem, które w istotny sposób przygotuje do dorosłości. Funkcjonujemybowiem w świecie, który nas atakuje różnego rodzaju narracjami: czy to w reklamie, czy polityce, czy w innych sferach. Książki natomiast dają nam możliwość wyrobienia w sobie samodzielnego myślenia, krytycyzmu. Dają nam narzędzia, żeby się obronić, gdy ktoś próbuje nami manipulować. W tym widzę sens zachęcania młodych ludzi do czytania. Wyrobieni czytelnicy, którzy czytają wartościowe rzeczy, są bardziej samodzielni w myśleniu, decydują o sobie, a nie oddają tę decyzję innym.

To wszystko prawda i trudno się z tym nie zgodzić, jeśli chodzi o narzędzie, jakim jest czytelnictwo. Powstaje jednak pytanie o to, jak w dobie Internetu, mediów społecznościowych i tiktokowo-instagramowych fragmentów rzeczywistości przekonać młodych ludzi, żeby sięgnęli po coś więcej i nie ślizgali się po powierzchni? To jest zadanie na dziś!

Dziś, w dobie fake newsów, Internet i media społecznościowe są szczególnym zagrożeniem. Dostarczają fragmentarycznych danych, które mogą być atrakcyjne i wielu ludzi się na to łapie, ale dlatego, że nie potrafi ich krytycznie przeanalizować. Natomiast kontakt z książką wymaga większego wysiłku, wyrobienia nawyku koncentracji, pozwala na dystans i krytyczne przemyślenie tego, co się czyta. Różnica między tym, co daje książka, a tym, co odnajdujemy w Internecie, jest więc ogromna. Jak przekonać młodych ludzi? To rzeczywiście jest wyzwanie. Mogę powiedzieć, jak zachęcałem do czytania moją córkę, która jest teraz wręcz nałogową czytelniczką.

Proszę zdradzić. Napisał Pan książkę, to na pewno może być zachętą…

Pisanie książki było okazją, żeby zrobić coś razem, nawiązać dialog. Pisanie to był rodzaj dialogu z moją córką. Tworzyłem po kawałku, a gdy ona przychodziła ze szkoły, prosiłem, żeby te fragmenty przeczytała. W ten sposób wyszła nam książka.

Taki wspólny proces?

Potem już sama się dopominała o nowy fragment, a po lekturze dyskutowaliśmy. Na końcu książki zawarłem podziękowania dla córki, która miała wtedy 10-11 lat. Gdy była mniejsza, włączaliśmy jej audiobooki, a więc kiedy jeszcze nie umiała czytać, już zaczęła słuchać opowieści, które ją wciągały. Zrobiliśmy jeszcze jedną rzecz – przez kilka pierwszych lat córka nie miała kontaktu z grami komputerowymi. Wyszliśmy z założenia, że gry komputerowe są na tyle absorbujące i na tyle atrakcyjne dla mózgu, że potem nie zechce on skupić się na książce. Dopóki moja córka nie poszła do szkoły, nie widziała problemu w tym, że nie gra. Oczywiście później jej pozwoliliśmy, ale zanim tak się stało, już się wciągnęła w czytanie. Dużo jej czytaliśmy, a kiedy już trochę nauczyła się czytać, przerywaliśmy lekturę w najciekawszym momencie.

Na zasadzie zachęty?

Chciała się dowiedzieć, co jest dalej i musiała sama dokończyć. Pierwszą książką, którą tak dokończyła, był ,,Hobbit” Tolkiena. Przerwaliśmy mniej więcej w połowie. Na początku się zdenerwowała, potem doczytała samodzielnie.

Za czasów Pańskiej młodości nie było takiej konkurencji w grach komputerowych.

Była!

To czas, gdy pojawiały się pierwsze komputery Atari?

Tak, Atari i inne. Komputery były wtedy towarem deficytowym. Chodziło się więc całą grupą do kogoś, kto miał komputer. Gry komputerowe były zgrywane z magnetofonów i każde wgranie gry trwało na przykład kilkadziesiąt minut. Pod koniec mogło się coś nie udać, więc trzeba było próbować jeszcze raz, ale wszyscy byli na tyle zdeterminowani, że i tak czekali.

Może te oczekiwanie wzmagało pożądanie?

Z pewnością, zwłaszcza że nie było Internetu. Gdy o tym teraz myślę, widzę, jak bardzo byliśmy odcięci od świata, zupełnie inaczej niż dzisiejsze dzieci. To jest przepaść.

Gdy musiał Pan przygotować do szkoły jakiś referat, pracę pisemną przychodził Pan do biblioteki szkolnej lub miejskiej?

Biblioteka była wtedy najbardziej oczywistym źródłem wiedzy. Teraz często korzysta się z innych źródeł.

No właśnie, ta funkcja już powoli zanika. Dziś już niewiele osób przychodzi do nas, by szukać informacji. Nie gromadzimy literatury specjalistycznej. Biblioteki przestają powoli pełnić funkcję informacyjną, bo mnóstwo informacji jest w Internecie. Można zrobić kopiuj-wklej, przetworzyć tekst stylistycznie. Oszczędza to czas i daje dostęp do wielu źródeł. Bardzo trudno z tym konkurować.

Oczywiście. Bardzo trudno konkurować, kiedy łatwiej jest skopiować i wkleić informacje z Internetu. Dziecko nie ma szansy dostrzec, ile problemów wiąże się z jakimś zagadnieniem i w jakim kierunku można pójść dalej, bo tylko wyszukuje za pomocą haseł w Internecie to, co je interesuje, a następnie ten wycinek kopiuje i wkleja. Wydaje mi się, że to, co biblioteki mogą cały czas oferować, to spotkania, wydarzenia kulturalne, kontakt z autorem.

Proszę powiedzieć. jakim Pan był czytelnikiem? Dużo Pan czytał w wieku 10-13 lat?

Dużo czytałem, co wynikało z tego, że mieliśmy czarno-białą telewizję i dwa kanały, które były mało atrakcyjne. Książki rzeczywiście były oknem na świat, które bardzo pobudzało wyobraźnię. Korzystałem z kilku bibliotek. W pewnym momencie uznałem, że książki w dziale dziecięcym są już dla mnie za proste. Próbowałam się dobić do działu dla dorosłych, ale w kilku bibliotekach pojawiała się taka strażniczka w osobie pani bibliotekarki, która mówiła, że nie, te książki są dla mnie za trudne i radziła wrócić za kilka lat. I to był dramat. Tak było w szkole i tutaj, w bibliotece miejskiej.

To nie ten poziom dla ciebie, to są treści z poziomu 4, który nie jest odpowiedni do twego wieku.” Tak, do tej pory to się zdarza, bo coraz więcej rodziców, którzy przychodzą z dziećmi wyszukują dla nich coraz poważniejsze książki.

Postać takiego bibliotekarza jest wręcz archetypiczna. Bibliotekarz, który nie wpuszcza do biblioteki. Znamy taką postać z „Imienia róży” Umberto Eco.

Zapytam o lektury szkolne. Zazwyczaj moim rozmówcom jawią się one jako okropny przymus, obowiązek, coś co trzeba było zaliczyć i zapomnieć. Czy była jakaś lektura szkolna w Pańskim przypadku, która została z Panem, spodobała się?

Przychodzi mi do głowy ,,Momo” Michaela Endego, chociaż nie jestem pewien, czy była już wtedy na liście lektur. Jest to jedna z książek z czasów dzieciństwa, która bardzo utkwiła mi w pamięci i jest niezwykle aktualna. Ende jest też autorem „Niekończącej się historii”.

Czytał Pan ,,Niekończącą się historię”?

Najpierw oglądałem film, bo kiedy byłem mały, to książka chyba jeszcze nie została przetłumaczona na polski.

Film robił furorę?

Owszem, a muzyka filmowa Limahla to były przeboje, którymi żyliśmy.

A poezja? Czy w którymś momencie życia odkrył Pan w niej coś dla siebie?

Poezja pozwala nam na nowo spojrzeć na nasz język, który wydawał nam się doskonale znany, bo mówimy nim od dziecka. Przez to uwrażliwia nas na rzeczywistość, wytrąca ze schematycznego myślenia o świecie. Sądzę, że w szkole za duży nacisk kładzie się na poezję patriotyczną, utrzymaną w jednej stylistyce, nie pokazuje się przez to całego bogactwa, jakie liryka ma do zaoferowania. Są wyjątki, takie jak Leśmian z jego niesamowitą inwencją językową. Z kolei Tuwima przedstawia się w podręcznikach w schematyczny sposób. Myślę, że wybór tekstów, o których się rozmawia z uczniami, nie oddaje maestrii i kunsztu tego poety. Muszę jednak wspomnieć o moich znakomitych nauczycielach języka polskiego, bo miałem szczęście takich spotkać, którzy bardzo twórczo podchodzili do interpretacji lektur, a ich lekcje były niezwykle inspirujące. W szkole podstawowej był to Jerzy Jaroszuk, a w liceum Nina Saczko. Wiele im zawdzięczam.

Tuwima miałam zaszufladkowanego jako poetę, który tworzy dla dzieci. Kiedy trafił mi do rąk jego zbiór poezji, byłam w dużym szoku, że pisał dla dorosłych. Ta poezja jest pokazywana w pewnych fragmentach w szkole, w jakimś kontekście i funkcji, zazwyczaj patriotycznej. Owszem, Tuwim pisał też takie wiersze, związane jest to z pewnością z polską tradycją walki o niepodległość. Stąd też zapewne ten szkolny sposób prezentacji jego poezji?

Czytając lektury szkolne, dzieci cały czas walczą o niepodległość, a mamy przecież nowe czasy z zupełnie innymi problemami. Następuje przez to rozdźwięk między tym, czym interesują się młodzi ludzie a zagadnieniami omawianymi w ramach kanonu lektur. Młodych niepokoi na przykład kryzys klimatyczny, wyzwania, jakie przyniesie im przyszłość, w dobie Internetu młodzi ludzie mają perspektywę wielokulturową i globalną, tymczasem szkoła nie nadąża za tymi przemianami. Niestety, nie zanosi się na to, żeby było lepiej w tej materii, a wręcz przeciwnie. Warto więc w domu uzupełniać edukację szkolną.

Wróćmy do Pańskiej książki ”Dzik Dzikus”, kto wykonał do niej ilustracje?

Ilustracje zrobiła Marta Kurczewska, która ma już na swoim koncie kilka znanych książek, na przykład ,,Mirabelkę” i serię o ,,Tappim”. Ilustracje są przepiękne, wydaje się, jakby były rozświetlone od wewnątrz. Chodziliśmy wspólnie po lesie, pokazywałem Marcie miejsca, w których wyobrażałem sobie, że dzieje się akcja, a ona robiła szkice do książki.

To Las Kabacki?

Las Kabacki pod Warszawą. Sporo dyskutowaliśmy o koncepcji tych ilustracji. Wydawnictwo bardzo dużą wagę przykłada do szaty graficznej i do fizycznej postaci książki. Pamiętam dwugodzinną rozmowę, gdy książka była jeszcze w przygotowaniu, poświęconą temu, jaki ma być papier. To ilustruje, jak bardzo na każdym etapie dyskutowano o każdym detalu. Marta potrafi operować różnymi stylistykami. Na przykład akcja ,,Mirabelki” dzieje się w Warszawie. Przedstawione jest miasto przedwojenne i z czasów wojny, a więc zupełnie inne otoczenie. A tutaj jest pięknie namalowany las. Zależało mi bardzo na tym, i o tym też rozmawialem z Martą, żeby postacie zwierząt wyrażały emocje, pozostawały ze sobą w interakcjach. To również udało się Marcie osiągnąć.

Do czego chce Pan przekonać młodego czytelnika w tej książce?

Książka opowiada o manipulacji, hejcie i nękaniu. Mam nadzieję, że może przynajmniej w pewnym stopniu pomóc w sytuacji kryzysowej, gdy dziecko doświadcza przemocy psychicznej ze strony rówieśników. Opowieść przeniesiona została do świata zwierząt. Chciałbym, żeby młody czytelnik, którydozna przemocy, zrozumiał, że to agresor nosi w sobie problem, a nie jego ofiara. Chcę również, by czytelnik poczuł, że jest wyjście z przemocowej sytuacji. Najlepiej byłoby, gdyby tę książkę czytali rodzice razem z dziećmi. Niedawno usłyszałem od pewniej mamy, że lektura okazała się pomocna, gdy hejt zdarzył się w przedszkolu jej syna. Była to najlepsza recenzja, jaką mogłem usłyszeć, a zarazem utwierdziło mnie to w przekonaniu, że poszedłem w dobrą stronę. W „Dziku Dzikusie” zawarłem również wątki ekologiczne, dotyczące sposobu, w jaki traktujemy przyrodę. Ciągle pokutuje przekonanie, że człowiek jest najlepszym regulatorem równowagi w przyrodzie, a ona sama to jedynie źródło zasobów dla ludzi. Akcja dzieje się w podwarszawskim lesie, a bohaterami są dziki i inne leśne zwierzęta. Kiedy zacząłem pisać, dużo dyskutowano o epidemii choroby ASF wśród dzików. Niestety, jedynym rozwiązaniem, jakie przyjęto, był masowy odstrzał. Stało się to wbrew opinii naukowców, którzy zwracali uwagę na nieskuteczność takiej metody oraz na to, że przy okazji zaburzony zostanie ekosystem.

Rozumiem. Czyli kontynuuje Pan taką funkcję literatury, gdzie w fabule w świecie przedstawionym można odnaleźć treści, które da się wykorzystać w życiu i gdzie można utożsamiać się z bohaterem?

Jak najbardziej. Główny bohater, sympatyczny dzik Dzikus, zostaje osaczony przez antagonistę, który pewnego dnia zjawia się w lesie. Ów czarny charakter rozsiewa plotki o rzekomej chorobie dzika Dzikusa. Leśna wspólnota zaczyna wierzyć manipulatorowi, który jest bardzo sprytny i przekonujący. Stosuje przy tym sposób działania, który socjologowie nazywają zarządzaniem strachem, kiedy to wzbudza się strach w jakiejś wspólnocie po to, żeby skuteczniej manipulować jej członkami. Początkowo dzik Dzikus wycofuje się pod wpływem ataków, potem jednak odzyskuje sprawczość, a pomagają mu w tym przyjaciele. Przemoc, w tym psychiczna, działa często przez zaskoczenie. Sprawca przejmuje inicjatywę, a ofiara wycofuje się. Chciałbym, żeby czytelnik zobaczył, że w trudnej sytuacji on też może odzyskać poczucie sprawstwa i uwolnić się od przemocy. Psycholodzy, którzy zajmują się terapią dzieci, wiedzą, że o traumach lepiej rozmawia się, kiedy przeniesie się daną sytuację na relacje między bohaterami książkowymi czy zabawkami. Dziecko opowiada o nich, a tak naprawdę mówi o sobie. Dlatego lektura książki może być punktem wyjścia do dalszej rozmowy rodzica z dzieckiem.

Proszę powiedzieć czy pamięta Pan jakieś powieści, po lekturze których myślał Pan: „To już zupełny odjazd, jestem w innym świecie”? Na pewno Tolkien…

Tak. Świat przedstawiony u Tolkiena jest bardzo rozbudowany, imponujący i pobudzający wyobraźnię.

Czy jeszcze coś oprócz Tolkiena?

Może to zabrzmi banalnie, ale książką, do której wracam co parę lat, jest „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. To powieść wielowątkowa, dziejąca się na wielu płaszczyznach. Za każdym razem, kiedy ją czytam, dostrzegam coś, czego nie widziałem wcześniej. Pierwszy raz czytałem ją na początku liceum. Przypominam sobie pierwszą scenę, w której występują poeta i krytyk literacki opisani przez Bułhakowa jako osoby w średnim wieku. Dla mnie wtedy to byli starzy ludzie, ale ostatnio, gdy wróciłem do tej lektury, okazało się, że są młodsi ode mnie.

Czyli Bułhakow. Proszę chwilkę pomyśleć, może jeszcze jakieś tytuł wpadnie Panu do głowy?

Kiedyś się zaczytywałem książkach Hermana Hessego.

,,Wilk stepowy”?

,,Wilk stepowy”, ,,Siddhartha”, ,,Gra szklanych paciorków”. To są powieści, które szczególnie chętnie czyta się w czasach liceum lub na początku studiów, bo Hesse zasadniczo koncentruje się na intelektualnym dojrzewaniu bohaterów. Skupia się na tych etapach życia, gdy człowiek dorasta, zaczyna inaczej odbierać rzeczywistość.

Lubi Pan wracać do książek?

Tak, lubię. Szczególnie teraz, kiedy są audiobooki. Wtedy inaczej odbiera się tekst, bo lepiej słyszy się rytm zdań. W zasadzie dzięki audiobookom wracamy do pierwotnego sposobu przekazywania tekstów, czyli do przekazu ustnego. W kulturach przedpiśmiennych teksty krążyły jako mówione opowieści. W starożytnej Grecji, nawet kiedy już funkcjonowało pismo, dalej czytano na głos. Zbierano się w grupie, ktoś czytał głośno tekst, a reszta słuchała.

Zatrzymajmy się na tej starożytnej Grecji. Dawniej człowiek musiał być bardzo uważny na drugiego człowieka i na historię, którą on opowiadał. W naszych czasach komunikacja zupełnie się zmieniła, ważna stała się szybkość.

Szybkość, powierzchowność i to, że nie musimy zapamiętywać wielu rzeczy. W czasach, kiedy książki były trudno dostępne, trzeba było zapamiętać jak najwięcej, bo dostęp zazwyczaj był jednorazowy. Na przykład w szkołach retorycznych osobnym elementem edukacji było ćwiczenie pamięci, czyli coś, czego dzisiaj w ogóle nie robimy, bo wydaje nam się, że wszystko można łatwo sprawdzić. Nowe czasy, nowe wyzwania. Nasze mózgi muszą funkcjonować inaczej. Świat się zmienia więc i my musimy się zmieniać.

Taka jest kolej rzeczy albo cena postępu technologicznego; proszę powiedzieć co teraz Pan czyta? Czy czyta pan kilka książek na raz? Jakie są Pańskie nawyki czytelnicze?

Zawsze czytam kilka na raz. Ostatnio zaczytuję się w książkach przyrodniczych, które oparte są na najnowszych badaniach naukowych i pozwalają zupełnie inaczej spojrzeć na przyrodę. Czytam sam, ale też z moją córką, a potem dyskutujemy o tym. Bardzo dużo takich pozycji tłumaczy się na polski, są to książkipisane przez ludzi, którzy na Zachodzie otrzymują prestiżowe nagrody dla popularyzatorów nauki. Czasami pozycje o tej tematyce dorównują popularnością bestsellerowym powieściom. Kilka lat temu zetknąłem się z książkami niemieckiego leśnika, Petera Wohllebena. Pokazuje on, że na las należyspoglądaćzupełnie inaczej, niż dotąd patrzyliśmy. Las nie jest po prostu zbiorem drzew, ale siecią społecznościową, ponieważ drzewa potrafią komunikować się między sobą. Naukowcy dowodzą, że w świecie roślin można wyodrębnić ponad dwadzieścia zmysłów. Obecnie intensywne badania prowadzi się na temat inteligencji zwierząt. Zwierzęta to nie jest chodzące mięso, wiele gatunków zdolnych jest do inteligentnych zachowań, niektóre potrafią używać prostych narzędzi czy nawet wytwarzać je, odczuwają emocje, cierpią fizycznie tak samo jak ludzie.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że kiedy wyjdzie kolejna cześć ,,Dzika Dzikusa’’ to porozmawiamy znów w tym samym budynku, być może z udziałem publiczności, którą uda się do nas zaprosić.

Dziękuję bardzo.


„Z książką przez życie”, rozmowa z Krzysztofem Łapińskim

Krzysztof Łapiński urodził się i dorastał w Bielsku Podlaskim, obecnie mieszka w Warszawie. Z wykształcenia filozof i filolog klasyczny, jest doktorem habilitowanym, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Autor przekładu „Rozmyślań” Marka Aureliusza oraz prac naukowych. Napisał książkę dla dzieci pt. „Dzik Dzikus”, wydaną w 2020 roku przez Wydawnictwo Agora. Książka została nominowana do nagrody Literacka Podróż Hestii oraz trafiła na listę jurorską IBBY i Alternatywną Listę Lektur.


Fotografie: Izabela Pług