z książką przez życie

Projekt „Z książką przez życie” realizowany jest przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Bielsku Podlaskim w ramach zadania „Partnerstwo dla książki” ze środków finansowych Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu.

Rozmowa z Ewą Zwierzyńską

Iwona Bielecka-Włodzimirow: Dzień dobry Pani Ewo.

Ewa Zwierzyńska: Dzień dobry.

Dziękuję Pani za przyjęcie naszego zaproszenia do spotkania i rozmowy o książkach.

Dziękuję za zaproszenie, poczułam się zaszczycona i wybrana.

Muszę przyznać, że tak dobrze przygotowanej rozmówczyni jeszcze nie miałyśmy. Jest tu z nami kilka kolumn książek i podejrzewam, że nie są one ułożone przypadkowo.

Rzeczywiście, bardzo dobrze przygotowałam się do tej rozmowy. Kiedy usłyszałam jaka będzie jej tematyka to aż podskoczyłam z radości, bo ten temat bardzo ze mną rezonuje. Jestem fanatykiem, wielbicielem książek, czytałam praktycznie od urodzenia i czytam je do dzisiaj nałogowo; wydaję na książki bardzo dużo pieniędzy! Dobrze, że mój mąż nie wie ile, bo to jest karygodne… Mówi się, że każdy ma swój nałóg. Do mnie przychodzą paczki po dziesięć-piętnaście książek jednocześnie. Stawiam je na półkę, oczywiście nie wszystkie czytam od razu, ale na wszystkie przychodzi czas i wtedy po nie sięgam. Po jedne wcześniej, po inne później, niektóre czekają nawet kilka lat. Muszę powiedzieć, że chociaż zgromadziłam bardzo dużo książek – trzy lata temu musiałam powiększyć swoją bibliotekę żeby wszystkie się zmieściły – to większość przeczytałam.

Nasza poprzednia rozmówczyni Pani Iwona Szerszeń mówiła, że książka papierowa nadal będzie wydawana i nie zaniknie, bo najpiękniejszy w niej jest zapach świeżej farby drukarskiej, papieru i samo obcowanie z materiałem. Czy też ma Pani takie skojarzenia otwierając paczkę z książkami?

Oczywiście! Próbowałam czytać e-booki i nie byłam w stanie tego robić. Kupiłam książki w tej postaci, niestety nie wyszłam poza kilka stron. Jest to dla mnie zupełnie „niezjadliwa” forma przyswajania książek, nie to medium. Czułam się dziwnie, nie potrafiłam się skoncentrować na tekście, przeszkadzało mi niebieskie światło. Być może należę do pokolenia „dinozaurów”. Możliwe, że nie będzie już czytania książek papierowych, o czym mówi np. Jacek Dukaj w książce „Po piśmie”. Twierdzi, że kultura czytania zanika i w ciągu dwóch-trzech pokoleń zniknie zupełnie. Ja jednak świadomie zaliczam się do pokolenia, które będzie czytać książki w formie papierowej ponieważ inaczej nie potrafię. Książka to faktura, zapach, lampka nocna, koc, herbata. Rytuały. Na tekście naprawdę mogę się skupić kiedy mam w ręku papierową książkę, a nie siedzę przed monitorem.

W takim razie zacznijmy od początku, przenieśmy się do dzieciństwa. Pamięta Pani swoją pierwszą książkę?

Pamiętam same początki. Pierwszej książki może nie, chociaż chyba była to książka o Krasnalu Hałabale, uczyłam się wtedy liter. Czytanie w pierwszej klasie szło mi bardzo trudno, ale przełomem w moim czytelnictwie był moment kiedy mama zapisała mnie do biblioteki miejskiej. Wtedy biblioteka znajdowała się jeszcze w małym, dość obskurnym blaszaku. Przestrzeń w środku była niewielka, cała zapełniona książkami. Mama zapisała mnie do biblioteki bodajże w pierwszej klasie podstawówki. Przychodziłam co tydzień lub dwa, brałam jednorazowo pięć do ośmiu książek, wszystkie czytałam, a potem wymieniałam na kolejne. Nie wiem kiedy znajdowałam na to czas, ale czytałam non stop, bywało, że także nocami. Mama goniła mnie do snu, ale czasem książka wciągała mnie tak mocno, że nie dałam rady się od niej oderwać. Potrafiłam czytać do czwartej-piątej rano z latarką pod kołdrą.

Duże poświęcenie.

To nawet nie poświęcenie. To była pasja i wciąganie w świat książki, więc nie dziwię się, że miałam taki „przerób”. Przeczytałam chyba ponad połowę książek dostępnych w bibliotece. Miałam przyjaciółkę Beatę, z którą chodziłyśmy do biblioteki razem, w soboty spędzałyśmy tam kilka godzin, wybierałyśmy książki, a po powrocie do domu miałyśmy lekturę na kolejny tydzień. Czytałam wszystko co wpadło mi w ręce, ale z tego co sobie przypominam, bardzo ciągnęło mnie do książek o przyrodzie. Jeśli wiedziałam, że bohaterem danej książki jest zwierzę – od razu ją czytałam! Przyroda przez całe życie jest przy mnie i przewija się także w dzisiejszych lekturach, myślę więc, że nie był to przypadek. Na tym minęła mi podstawówka. Potem poszłam do liceum, pojawiły się obszerne lektury. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, ale zawsze czytałam bardzo dużo, więc na nich nie poprzestawałam. Liceum to czas poszukiwań intelektualnych. Jako że była to szara i smutna epoka PRL-u czytanie stanowiło dla mnie autoterapię. Po pierwsze uciekałam w inny, kolorowy świat, a po drugie czytałam książki poświęcone naszej ówczesnej rzeczywistości i przepracowywałam to.

Jakieś tytuły?

„Fabula rasa” Stachury, „Folwark zwierzęcy” Orwella, „Ferdydurke” Gombrowicza. Bardzo lubiłam twórczość Marka Hłaski, przeczytałam prawie wszystkie jego książki. Fascynował mnie, bo świetnie oddawał ducha swoich czasów, ducha buntu i alternatywy.

Był też przeraźliwie smutny.

Tak, był smutny, ale ponieważ takie uczucia były też w nas to mogłam utożsamić się z autorem. Lektura stanowiła dla mnie rodzaj psychoterapii, nie czułam się samotna, bo wiedziałam, że takie uczucia mam w sobie nie tylko ja, a podobnie czuje wiele osób. Mogłam „ogarnąć”, zrozumieć i emocjonalnie przyswoić świat, w którym żyłam. Czytałam oczywiście również Mrożka, np. „Słonia” czy „Tango”, które były lekturami; już w tamtym okresie pojawiły się u mnie zainteresowania filozoficzne, które trwają do dzisiaj. W okresie PRL-u można było kupić w księgarniach różne dziwne książki, np. „Dzieła wszystkie” Lenina. Proszę sobie wyobrazić, że je kupiłam. To były chyba dwadzieścia cztery tomy; postawiłam je na półce, gdzie zajęły większość miejsca, i czytałam.

Wszystkie tomy?

Wszystkich nie. Uważałam się wówczas za anarchistkę. To był czas, gdy subkultury młodzieżowe były bardzo modne. Utożsamiałam się z punkami i usiłowałam podjąć dyskusję z komunistą, którym był Lenin. Czytałam jego pisma z ołówkiem w ręku, podkreślałam kto z kim się nie zgadzał, a na marginesach dopisywałam swoje refleksje. Przy przeprowadzkach pozbyłam się tych książek, może szkoda, bo teraz taka pozycja jest właściwie nie do kupienia, można powiedzieć, że to biały kruk. Zdecydowanie ten etap jest już za mną. Czas liceum mogłabym nazwać alternatywą, awangardą, tęsknotą za wolnością. Potem poszłam na studia medyczne, bardzo ciężkie, ale również znajdowałam czas na czytanie. Całkowicie zmieniły mi się jednak upodobania. Studia to był okres poznawania klasyki. Czytałam już wtedy dla przyjemności, były to książki, które każdy powinien znać. Czytałam więc np. Dostojewskiego Camusa. Do „Dżumy” wróciłam zresztą rok temu kiedy wybuchła epidemia COVID-19. Widziałam bardzo dużo analogii, to niesamowicie mądra książka, polecam ją wszystkim w tym czasie zarazy, który teraz panuje. Niesamowicie było poczytać o tym, jak bardzo podobne są mechanizmy i reakcje pomimo upływu wieków. Inne książki , które czytałam w czasie studiów to np. „Lolita” Nabokova czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Zapoznawałam się wtedy nie tylko z literaturą rosyjską. Pamiętam, że dużo czasu poświęciłam „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna. Bardzo lubiłam Jerzego Pilcha, przeczytałam prawie wszystkie jego książki, najbardziej pamiętam „Pod Mocnym Aniołem” poświęconą problemowi alkoholizmu. Czytałam nie tylko literaturę rosyjską i niemiecką. W mojej bibliotece zagościł też Charles Bukowski.

Muszę dopytać o Pilcha. Czy podobały się Pani ekranizacje jego powieści?

Widziałam je już dość dawno i niewiele pamiętam. Zresztą od lektury książek też minęło dwadzieścia-trzydzieści lat. Na pewno widziałam ekranizacje, ale to, że ich w sposób szczególny nie zapamiętałam oznacza pewnie, że nie były tego warte.

Chciałabym teraz sięgnąć po następny stosik książek. Był taki okres w moim życiu, właśnie na studiach, kiedy kilka lat poświęciłam na studiowanie Biblii. Czytałam ją wielokrotnie. To jest moja Biblia w okładkach, które uszył mi kolega, która ma dużo podkreśleń. Mogę powiedzieć, że to były studia nad Biblią. Przede wszystkim dogłębnie poznałam jej treść. Każdemu polecam zapoznanie się z tą księgą, ponieważ jest ona podstawą naszej europejskiej kultury. Kilka lat temu, bodajże w 2015 roku, w Izraelu powstał projekt pod nazwą 929, który polegał na tym, że każdego dnia na specjalnej stronie internetowej umieszczany był jeden rozdział ze Starego Testamentu hebrajskiego. Wszystkich rozdziałów jest 929, stąd nazwa. Inicjatorem był rabin, ale publikacja rozdziałów i komentarze do nich były zupełnie wyjęte spod kurateli religii. To było coś fantastycznego, ponieważ do interpretacji tych rozdziałów zostali zaproszeni artyści, pisarze, krytycy, filmowcy, ludzie kultury, nauki, którzy jeden rozdział każdego dnia interpretowali w duchu wolności i swobody, wolnomyślicielstwa. Nie było to powiązane z religią, ponieważ Biblia jest bogatą i wieloznaczną księgą; tak powstawały perełki. Zresztą, cała kultura żydowska polega na studiowaniu w jesziwach. Bardzo podoba mi się, że nie ma tam pojęcia herezji. Studiowanie polega na tym, że każdy czyta Biblię i może ją interpretować tak jak chce. Dostrzeganie nowych tropów w tekście, czegoś czego nikt wcześniej nie zauważył jest pożądane i chwalone. W tym projekcie też było to widać. Bardzo bym chciała żeby coś takiego zostało przeszczepione na grunt polski, chociaż zdaję sobie sprawę, że to może być bardzo trudne, ponieważ u nas Biblia jest traktowana w sposób typowo religijny i w ogóle nie jest czytana. Nie jest czytana przez niewierzących z wiadomego względu, nie jest też czytana przez wierzących, ponieważ uważają, że Kościół podaje im właściwą interpretację. Poza tym Kościół nie pozwala na wolnomyślicielstwo i swobodę odczytania. To ogromna strata. Izraelski projekt miał na celu zgromadzenie całego narodu wokół wspólnych wartości, tożsamości i szukanie tego co łączy, co znajduje się poza religią i jest elementem kultury. To mnie zachwyciło, bardzo bym chciała, aby w Polsce coś takiego mogło powstać, żebyśmy mogli zgromadzić się wokół tej księgi, żyjemy przecież w kulturze chrześcijańskiej, a tak mało znamy Biblię! Myślę, że bardzo dobrze by zrobiło narodowi takie studium i to, by Biblię wyrwać spod kurateli Kościoła i oddać ją świeckim: artystom, intelektualistom. Czytać ją, i samemu włączyć się do poszukiwania w niej nowych tropów. Kilkuletnie studia nad Biblią, to był w moim życiu korzeń, z którego wyrosło kilka potężnych gałęzi, które zajęły mi kolejne lata życia. Czytanie Biblii zainteresowało mnie historią starożytnego Izraela: jego kulturą, korzeniami religii. Potem przyszły zainteresowania innymi starożytnymi cywilizacjami – Sumerem, Egiptem i poszukiwaniem wspólnych inspiracji. Nie jest tak, że chrześcijaństwo rozwijało się bez tego co było wokół, Biblia też tak nie powstawała. Przeciwnie, garściami czerpano z innych kultur, np. z Babilonu. Stamtąd wzięto opowieść o stworzeniu świata, bo istniał śpiewany epos babiloński o powstaniu świata właśnie w siedem dni. Podobnie historia o potopie, o wieży Babel. Wszystko to było już wcześniej, zostało tylko zaadaptowane przez Izrael. Fascynujące było dla mnie tropienie wzajemnych powiązań, do dzisiaj mi to zostało. Kupuję wspaniałą serię wydawaną przez Państwowy Instytut Wydawniczy poświęconą różnym starożytnym kulturom. Ostatnio kupiłam książkę o Egipcie na temat tajemnic egipskiej księgi umarłych. Jest to „Księga wychodzenia za dnia”, napisał ją Mirosław Barwik. To książka typowo naukowa, która opowiada o kulturze śmierci w Egipcie: piramidach, obrzędach towarzyszących odchodzeniu. Zawiera rzeczy fascynujące i zaskakujące, które przeniknęły też do wierzeń słowiańskich. Egipcjanie wierzyli, że dusza człowieka po śmierci zamienia się w ptaka, ptaki są więc duszami zmarłych, które odwiedzają żyjących. Podobnie jest przecież w wierzeniach słowiańskich. Starożytne cywilizacje to pierwsza gałąź, która wyrosła z lektury Biblii. Druga to religioznawstwo. Postanowiłam zgłębić to skąd wzięły się religie, jak się zrodziły. Z natury jestem osobą bardzo dociekliwą, chciałam więc przestudiować ten temat na tyle dokładnie, by zrozumieć jak doszło do tego, że dziś religie mają taki właśnie kształt. Mam tu kilka pozycji obowiązkowych dla każdego kto interesuje się religioznawstwem. Frazer i jego „Złota gałąź” Eliade „Traktat o historii religii”. Trzecia gałąź, która wyrosła z korzenia biblijnego to studiowanie historii wczesnego chrześcijaństwa i egzegeza biblijna. Przeczytałam bardzo dużo książek na ten temat, np. „Czasy Jezusa” Gerda Theissena i inne odmalowujące społeczne i polityczne uwarunkowania, jakie panowały w I w. w Izraelu, np. „Historia wczesnego chrześcijaństwa od I do X wieku” Kowalskiego, Kolejną gałęzią wyrosłą z pnia biblijnego były korzenie Słowian i ich religii. To następny wielki temat, polecam tu „Kosmologię dawnych Słowian” Artura Kowalika, który tłumaczy pochodzenie, znaczenie symboli i wierzeń, które w jakimś stopniu funkcjonują też do dziś jako mieszanka chrześcijańsko-pogańska. Książką, z której jestem bardzo dumna, bo to biały kruk jest „Ruś Wikingów” Władysława Duczko. Bardzo długo „polowałam” na tę książkę, na Allegro osiągała zawrotne ceny, ale w końcu postanowiłam ją kupić.

Co jest w niej takiego ciekawego?

To książka napisana przez naukowca, który badał i opisał początki Rusi Kijowskiej. Stwierdził, że Ruś została założona przez Wikingów i ma korzenie Skandynawskie. Jeszcze tej książki nie przeczytałam; czeka na swoją kolej, na pewno się doczeka. Na tym chciałabym zamknąć rozdział religioznawczy i starożytny w naszej rozmowie.

Jak przebiegało to dalej?

W moim życiu był okres, w którym bardzo zainteresowałam się fotografią. Studiowałam ją przez trzy lata w różnych szkołach w Warszawie. To był okres kiedy bardzo chciałam rozwijać się wizualnie i uwrażliwiać na sztuki plastyczne. Dużo kupowałam wówczas albumów fotograficznych i malarskich, mam ich całą kolekcję. Był to jednak dość krótki okres, trwał kilka lat. Zaowocował jednak później w moim życiu, ponieważ zaczęłam fotografować i prowadzić bloga. Bardzo mi się więc studiowanie albumów przydało.

Wychodzi na to, że książki w Pani życiu spełniały funkcję narzędzia. Dociekliwy umysł, pasja i zainteresowanie tematem powodowały to, że sięgała Pani po książki po to, żeby dany temat cały czas zgłębiać, dowiedzieć się jak najwięcej.

Tak. Była we mnie od początku i cały czas mi towarzyszy pasja poznawania świata, który pod wieloma względami wydaje mi się fascynujący. Mam oczywiście swoje ulubione tematy i na nich się koncentruję, ale lubię zgłębiać naturę zjawisk.

Teraz chciałabym przejść do literatury podróżniczej. Przytrafiła mi się ona przez przypadek. Wszystko zaczęło się w 2004 roku, kiedy Beata Pawlikowska zaczęła wydawać serię podróżniczą w „National Geographic”. 2004 rok to nie był jeszcze czas, gdy wszyscy jeździli za granicę masowo tak jak teraz. Pawlikowska była jedną z pierwszych i książki, które pisała stanowiły nowość. Wszyscy się w nich zaczytywali, seria stała się bardzo popularna. To była egzotyka, nieznany świat, który kiedyś można było zobaczyć tylko w telewizyjnych programach Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika. Jako ludzie wychowani w zamkniętym kraju, bez możliwości podróżowania zachwycaliśmy się tym. Sięgnęłam najpierw po „Blondynkę u szamana”. Książki Pawlikowskiej mi się spodobały mimo, że są proste i przeznaczone raczej dla młodzieży, nie jest to literatura najwyższych lotów. Fascynowały mnie jednak światy, które autorka opisywała, a do których ja nie miałam dostępu. Najbardziej zainteresowała mnie dżungla amazońska. Pamiętam jeden dzień już po lekturze książki. Pojechałam do Puszczy Białowieskiej do brata, który ma tam domek. To był czerwcowy ciepły wieczór. Otworzyłam okno i nagle dotarły do mnie dźwięki przyrody. To było nie do opisania, wspaniałe. Nagle przypomniały mi się książki Pawlikowskiej, i jako że mam duszę anarchistki, powstał we mnie bunt. Zastanawiałam się, dlaczego fascynujemy się odległymi zakątkami świata, a nie znamy i nie doceniamy bogactwa, które mamy tutaj? To co wtedy przeżyłam i książki Pawlikowskiej doprowadziły mnie do zbuntowania się przeciwko literaturze podróżniczej. Uczęszczając na spotkania z podróżnikami, na których opowiadali oni o swoich przygodach i pokazywali zdjęcia, a na które przychodziło mnóstwo osób dziwiłam się, że ludzie nie doceniają lokalnej przyrody: Podlasia, Puszczy Białowieskiej, bagien biebrzańskich. Zaczęło mnie to denerwować. Bardzo zainteresowałam się też Polesiem, kupiłam książkę Ossendowskiego „Polesie” napisaną przed I wojną światową. Pomimo tego, że autor trochę podkolorowuje to o czym pisze rejon ten był rzeczywiście na tyle odizolowany przez bagna, że zachowała się tam pierwotna pogańska kultura słowiańska razem z magią, zabobonami i wierzeniami. Bardzo chciałam tam pojechać i dwukrotnie mi się to udało. Chodziłam po bagnach, pływałam po Prypeci i nie mogłam się nadziwić temu, że kraina położona sto kilometrów od naszej granicy, jej walory przyrodnicze, dzikość, etnografia, są zupełnie nieznane. Wszystko to razem spowodowało, że postanowiłam założyć bloga o Podlasiu i Polesiu. Chciałam mówić o bogactwie, które jest wokół, a którego nie dostrzegamy. Inspiracją i wzorem, do którego sięgnęłam był dla mnie Zygmunt Gloger. Kupiłam jego książkę „Dolinami rzek”. Podróżował on po Biebrzy, Niemnie, Wiśle i Bugu i w tej książce opisał światy, które zastawał. Jedno zdanie uderzyło mnie na tyle, że przyjęłam je jako motto życiowe i tytuł bloga. Gloger powiedział: „Zamiast szukać dziwów świata po udeptanych szlakach brodzimy tylko przez piaski, bagna i manowce omijane przez wszystkich, wpatrując się w dno rzek modrych, w łąki i gaje, w ludzi, którzy należą jeszcze do otaczającej natury, w ich chaty i stare cmentarzyska.”. Stwierdziłam, że chcę robić to samo. W 2009 roku założyłam bloga. Zaowocowała wtedy fotografia, którą uprawiałam już od wielu lat. Zaczęłam pisać teksty na bloga. Moim celem było pokazanie egzotyki, niezwykłości krainy, w której się urodziłam i żyję. Pierwszy tekst na blogu był zatytułowany „O tym, co widać z mojego okna”. Stwierdziłam, że zanim pojadę do Afryki czy dżungli amazońskiej najpierw muszę poznać to co się zaczyna za moim płotem. Pierwszy tekst był o tym jak za oknem zobaczyłam sarnę i lisa. Potem zaczęłam eksplorować otoczenie. Jeździłam po Podlasiu, nie tylko po miejscach turystycznych, chociaż wtedy, w 2010 roku, turystyka podlaska dopiero się zaczynała, nie było to popularne.

Pamiętam przewodnik „Magiczne miejsca”. To była publikacja, na której się opierałam kiedy przyjechałam na Podlasie. Pokazywała mi ona duchową stronę regionu: święte miejsca, źródełka. To była pierwsza swego rodzaju mapa, z którą się zetknęłam poznając Podlasie.

Jest ich naprawdę sporo, dzięki czemuprowadziłam bloga przez prawie sześć lat. Wcześniej przez dziesięć lat jeździłam po Podlasiu i fotografowałam różne niezwykłe miejsca. W pewnym momencie to zaczęło robić się jałowe, zdjęcia robiłam do szuflady, nikt się tym nie interesował. Doszłam do wniosku, że fotografia to za mało, by przekazać to, co chciałam, potrzebny był jeszcze opis, tekst. Spotykałam niezwykłych ludzi, słyszałam ich historie, których na fotografii zawrzeć się nie dało, zaczęłam więc pisać. Blog stał się bardzo popularny.

Mówi Pani o nim w czasie przeszłym.

Tak, bo on już nie istnieje. Był duży odzew na to co robiłam. Pisały do mnie osoby z całej Polski, które pod wpływem tego bloga zafascynowały się Podlasiem i chciały tu przyjechać. Mogłam spełniać się jako fotograf i reportażystka. Po moich przygodach i meandrach z różnymi książkami kolejną, by tak rzec, odnogą rzeki, a właściwie wielką rzeką był reportaż. W pewnym momencie stwierdziłam, że literatura piękna już mnie nie interesuje, nie mówi mi już o świecie nic tak wartościowego co chciałabym wiedzieć, zostawiam ją więc za sobą. Zaczęłam czytać wyłącznie literaturę faktu i reportaż. Ponieważ prowadziłam bloga i uznawałam się za reporterkę czytałam bardzo dużo różnych reportaży. Nigdy więcej nie wróciłam do klasyki, którą intensywnie poznawałam na studiach, natomiast literatura faktu mnie pochłonęła. Ryszard Kapuściński. Oczywiście czytałam „Cesarza”, „Heban”, natomiast najbardziej zainteresował mnie „Busz po polsku”, bo to były reportaże, które pisał jeżdżąc po polskiej prowincji. Zauważał tam rzeczy ciekawe, nieoczywiste. Fascynowało mnie to, że nawet w pozornie zwykłym otoczeniu można odnaleźć niezwykłe rzeczy, zależy to tylko od tego w jaki sposób, pod jakim kątem na nie spojrzymy i co jesteśmy w stanie zobaczyć. Rewelacyjny jest też reportaż Michała Książka „Droga 816”. To droga wzdłuż wschodniej granicy. Książka jest przepiękna, reportersko-poetycka. Kunszt słowny autora jest tak wielki, że byłam zadziwiona jak można pisać w tak interesujący sposób np. o płytach chodnikowych. To potrafią tylko artyści! Kolejna pozycja, którą uważam za „must have” to „Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła. Przeczytałam tylko kilka, ale może kiedyś… . W każdym razie uważam, że ta pozycja powinna być w każdym domu. Teraz chciałbym powiedzieć o przygodzie, która przyszła do mnie niespodziewanie, chociaż może trochę tak. Jako że zaczęłam kupować dużo różnego rodzaju literatury lokalnej, podlaskiej (była to literatura piękna i nie tylko, m. in. książki Karpowicza, Goralczuk, Androsiuka) usłyszałam o książce Józefa Rybińskiego „Słońce na miedzy”. To wspomnienia mieszkańca Saczkowców, który pamiętał jeszcze przedwojenną wieś, bo urodził się po I wojnie światowej. Opisane są lata trzydzieste, ówczesna wieś ze starymi obyczajami, budownictwem, tradycyjnym systemem społecznym.

I to rodzaj reportażu?

Tak. Józef Rybiński był dziennikarzem. Przeczytałam tę książkę z ogromną fascynacją, postanowiłam odwiedzić Saczkowce i zobaczyć czy kamienie, o których pisze autor naprawdę wyrastają z ziemi. Rozmawiając z tamtejszymi ludźmi usłyszałam, że Józef Rybiński napisał dalszą część wspomnień o Saczkowcach, które nie zostały opublikowane. Ta wiadomość mnie zelektryzowała i postawiłam sobie za cel odnalezienie rodziny Józefa Rybińskiego i wydobycie na światło dzienne tych maszynopisów, które on napisał, a które nie zostały wydane. Udało mi się to. Skontaktowałam się z córką Józefa Rybińskiego, która mieszka w Białymstoku. Pojechałam do niej i okazało się, że ma ona w swoich szufladach pliki maszynopisów ojca, na podstawie których napisał on swoją książkę – ale nie tylko, bo poruszał we wspomnieniach także tematy wojenne. Mnie jednak najbardziej interesowało „Słońce na miedzy” i na tym się skupiłam także z tego względu, że córka Józefa Rybińskiego nie była zainteresowana wydaniem wspomnień wojennych z powodu kontrowersji politycznych. Zrobiłam jednak wszystko, by dalsza część wspomnień ujrzała światło dzienne, i udało mi się! Skontaktowałam się z jednym z wydawnictw w Białymstoku, powiedziałam, że znalazłam rodzinę autora i jego stare maszynopisy. Instytut Wydawniczy „Kreator” zgodził się na wydanie niepublikowanych materiałów. Uważam to za swój wielki sukces i jestem z tego bardzo dumna. Książka pt. „Słońce na miedzy. U Pana Boga na Podlasiu” jest do dzisiaj dostępna w białostockich księgarniach. Napisałam do niej wstęp.

Co za historia, moje gratulacje! W bibliotecznym księgozbiorze odnalazłam tylko pierwszą część bez podtytułu; teraz wszystko poukładało mi się w całość.

Dziękuję, w tej książce są moje zdjęcia i napisany przeze mnie wstęp.

Nie wiedziałam o tym, chylę czoła. Koniecznie musimy nadrobić brak tej pozycji w księgozbiorze regionalnym.

Wrócę jeszcze do literatury podróżniczej i do reportażu w szerszym zakresie, bo interesowałam się nie tylko Podlasiem, ale czytałam też od czasu do czasu książki o innych częściach świata, np. o Indiach i bardzo zainteresował mnie ten kraj. Światowej sławy pisarzem, który pisze chyba najlepsze reportaże o Indiach jest Naipaul. W swojej książce „Indie. Miliony zbuntowanych” chyba jak nikt oddaje serce, duszę i klimat Indii. Druga książka, którą przeczytałam o tym kraju to „Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach”, napisał ją William Dalrymple. Podobała mi się ona bardziej niż pierwsza, ponieważ są w niej zawarte poszukiwania duchowe. Autor wybrał dziewięć osób związanych z różnymi nurtami duchowości indyjskiej i przedstawił ich losy w formie reportażu, z którego wyziera niesamowita duchowość Indii. Duchowość cały czas do mnie powraca. W moim życiu jest kilka tematów, które są dla mnie ważne i co jakiś czas wracają. Staram się je jak najbardziej zgłębić i poszerzyć wiedzę, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie da się tego zrobić do końca. Jestem jednak cały czas otwarta i wiem, że jest to praca na całe życie. Mam jeszcze jedną wspaniałą książkę o Indiach – „Lalki w ogniu”, tym razem polskiej autorki Pauliny Wilk. Uwielbiam ją, czytam jej reportaże w „Tygodniku Powszechnym”, wcześniej też w „Polityce”. Jest ona jedną z moich ulubionych współczesnych pisarek polskich. Tutaj zostały mi jeszcze reportaże ze wschodu, z Rosji, która również ma swoją szamańską duchowość, w której celuję. Są to książki Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego, które bardzo wszystkim polecam. Napisali oni kilka pozycji. Ja przyniosłam „Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach”, książkę opowiadającą o wciąż żywej szczególnie w Tuwie na Syberii duchowości szamańskiej. Autorzy bardzo ciekawie podjęli też temat sekty wissarionowców. Na koniec została mi perełka. Kiedy ją przeczytałam nie mogłam wyjść ze zdumienia, że ta książka nie otrzymała Nagrody Nobla. Jest to książka genialna pod względem intelektualnym i pod względem zgłębienia tematu, zrozumienia zjawisk, które działy się na Podlasiu. Chodzi o „Judasza” napisanego przez prof. Włodzimierza Pawluczuka, podlaskiego religioznawcę z Uniwersytetu w Białymstoku, który zawarł w tej książce esencję człowieczeństwa. Pozycja ta jest poświęcona sekcie Eliasza Klimowicza, która w latach trzydziestych rozwijała się na Podlasiu w miejscowości Grzybowszczyzna. Autor opisał wydarzenia w formie fabularyzowanej, przedstawił je oczami małego chłopca, sieroty, który przeżył bieżeństwo, a po powrocie trafił do sekty i był jej czynnym uczestnikiem.

Kątem oka dostrzegam jeszcze jedną kolumnę książek, czy to te dotyczące rozwoju współczesnej cywilizacji?

Tak, w ostatniej kolumnie są książki dotyczące tego czym fascynuję się w ostatnim czasie, w ostatnich trzech-czterech latach. Ostatnią, najbardziej aktualną fazę moich zainteresowań zatytułowałam „Nauka i filozofia”. Po literaturze pięknej, reportażach, religioznawstwie przyszedł czas na książki naukowe i filozoficzne. W tej chwili to interesuje mnie najbardziej. Postanowiłam czytać książki o tym co dzieje się współcześnie po to, żeby zrozumieć świat, w którym żyję. Z kategorii książek, które każdy powinien przeczytać, żeby orientować się we współczesnym świecie, jego trendach, współczesnej filozofii i bieżących wydarzeniach wymienię np. książki Jamesa Hillmana, który zaprezentował zupełnie nowe podejście do psychologii. Był uczniem Junga, ale zdystansował się do niego i podał zupełnie nową definicję duszy ludzkiej. Twierdził, że nie stanowi ona jedności, ale jest złożona z wielu osobowości. To przełom w badaniach psychologicznych, inny sposób patrzenia na człowieka, jego osobowość, duszę i na psychologię. W książce „Re-wizja psychologii” całkowicie przedefiniowuje tę dziedzinę nauki. Polecam jego książki. Steven Pinker, również psycholog, napisał bardzo ciekawą książkę „Nowe Oświecenie”, w której starał się udowodnić, że świat i epoka, w której żyjemy obecnie są najlepsze w historii ludzkości. W niełatwych czasach autor podaje dowody na to, że postęp naukowy wynosi świat na coraz wyższe stopnie rozwoju i ludzkości żyje się dzięki temu lepiej. Czytałam też książki Yuvala Harariego, izraelskiego historyka, obecnie dość modnego. Jestem nimi zachwycona. Prezentuje on inne spojrzenie na historię, przeprowadza analizę przyczynowo -skutkową. To książka o historii ludzkości, ale nie ma w niej nazwisk, dat, wojen, jest ewolucja, filozofia postrzegania świata, który cały czas się zmienia. Wybrałam też książkę Marcina Napiórkowskiego „Mitologia współczesna”. Autor to naukowiec, semiotyk kultury, który zawodowo zajmuje się teoriami spiskowymi. W swojej książce rozprawia się z tymi, które występują najczęściej, co jest bardzo ważne w dzisiejszym chaotycznym świecie fake news’ów, mediów społecznościowych, szumu informacyjnego. By sobie to uporządkować warto przeczytać tę książkę. Powiedziałam, że interesuje mnie filozofia. Kupiłam trochę książek filozofów współczesnych. Jedna z nich to „Święta Ruś” Alaina Besancona. Opowiada o rosyjskiej mentalności, duchowości nieskażonej zachodnimi wpływami. To bardzo ciekawa analiza filozofa i naukowca., który na kartach książki wykonuje wiwisekcję mitu Rusi. Myślę, że to lektura obowiązkowa szczególnie dla mieszkańców Podlasia, którzy często utożsamiają się z prawosławiem. Czasem warto spojrzeć na siebie z boku, oczami innych, a w tym przypadku są to oczy francuskiego filozofa. Inny francuski filozof to Remi Brague, autor książki „Europa, droga rzymska” traktującej o tym, dlaczego Europa odniosła sukces. Wszystko ujęte jest w kontekście starożytnego Rzymu i jego mentalności, który miał poczucie niższości względem kultury greckiej. Cywilizację rzymską napędzała świadomość niedostatków, braków i praca nad tym, żeby dorównać Grecji. Europa przejęła tę ciężką pracę i dlatego odniosła sukces. Nie przez przypadek to właśnie w Europie pojawiła się rewolucja przemysłowa i nauka nowożytna. Została jeszcze książka, która ukazała się rok bądź dwa lata temu. To „Czarne łabędzie” Nassima Taleba libańskiego ekonomisty, który dotarł do tajemnicy rozwoju rzeczywistości i procesów jakie w niej zachodzą. Stwierdził, że dziejami świata nie kierują procesy historyczne, które są ciągiem przyczynowo-skutkowym łatwych do przewidzenia rzeczy. Dzieje świata zmieniają tzw. „czarne łabędzie” czyli nagłe, zupełnie niespodziewane przez nikogo wydarzenia, nagłe zwroty. Takim zwrotem był np. Internet. Nikt nie przewidział jego pojawienia się i tego, jak bardzo zmieni nasz świat.

Dodajmy, że dokonało się to w bardzo krótkim czasie.

Tak. Innym „czarnym łabędziem” był wybuch epidemii COVID-19 co całkowicie załamało giełdę. Kolejnym niespodziewanym zdarzeniem, z którym mamy dzisiaj do czynienia jest kryzys migracyjny na naszej wschodniej granicy. Gdyby ktoś nam o tym powiedział jeszcze pięć miesięcy temu traktowalibyśmy to jako zupełnie nieracjonalne i nie uwierzylibyśmy. Dalej… Edwin Bendyk „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”. Autor pisze o trendach ogólnoświatowych, które dotykają wszystkich. Jest to np. ocieplenie klimatu, które całkowicie zmieni nasze życie, procesy demograficzne związane z bogaceniem się społeczeństw i związany z tym spadek dzietności, której nie zapobiegają żadne programy społeczne. Bendyk podaje receptę na to jak uniknąć kryzysu związanego np. z koniecznością przemiany energetyki węglowej na „zieloną” w taki sposób, by dzięki rozplanowaniu tego na wiele lat transformacja odbyła się spokojnie i nie wywołała problemów. Powiem jeszcze dwa słowa o Jacku Dukaju, który napisał bardzo ciekawą, trochę filozoficzną książkę „Po piśmie”. Bawi się w niej w futurologa, wybiega w przyszłość i kreśli świat, w którym słowo pisane nie będzie już tak istotne, umiejętność czytania i pisania zaniknie, a zapanuje kultura obrazkowa i media społecznościowe. Co ciekawe, autor wcale nie uważa, że będzie to strata dla ludzkości, twierdzi natomiast, że historia zatoczyła koło i wróciła do momentu, w którym nie istniało jeszcze pismo, a kultura była oralna, przekazywana z pokolenia na pokolenie w postaci pamięci pokoleniowej, rodowej czy technicznej. Bardzo jestem ciekawa, ile z jego intuicji się sprawdzi. Analizuje w książce takie zjawiska jak na przykład całkowite lekceważenie ciała. Za sprawą Internetu jesteśmy bowiem już tak oderwani od procesów fizjologicznych, że zapominamy o tym, że mamy ciało i nie liczymy się z nim, a ono kiedyś upomni się o swoje prawa, bo biologii nie da się oszukać. Ta książka wbrew pozorom mnie uspokoiła, bo nie jest apokaliptyczna, a schemat działania ludzkości jest podobny pomimo zmian jakie zachodzą w świecie.

Klamrą jak widzę jest nasza noblistka.

Tak, Olga Tokarczuk i jej „Czuły narrator”. Ze wstydem muszę się przyznać, że jest to jej pierwsza książka, którą przeczytałam.

Jeszcze wiele przed Panią.

Tak. Ponieważ była to najnowsza książka, a zachwyciła mnie mowa noblowska autorki, postanowiłam kupić „Czułego narratora”. Od pierwszych stron byłam zafascynowana. Są to eseje, przemyślenia autorki na temat rzeczywistości. Nowością, którą odkryłam w tej książce było dla mnie to, że można mówić o codziennych, zwykłych rzeczach, co do których nigdy nie sądziłam, że warto o nich pisać. Było o dla mnie interesujące, bo widziałam w tym siebie i utożsamiałam się z tym co pisała Tokarczuk. Ta książka była dla mnie przełomem w tym sensie, że postanowiłam pisać o tym co myślę. Wcześniej nie doceniałam swoich myśli, być może także potencjału. Po lekturze stwierdziłam, że skoro noblistka pisze o tak codziennych rzeczach, to ja też mogę! Przeczytałam tę książkę rok temu i pod jej wpływem wróciłam do pisania po sześciu latach odkąd w 2015 roku zamknęłam bloga.

Tutaj należałoby wspomnieć Pani felietonach ukazujących aktualnie się w „Czasopisie”.

Pod wpływem książki Tokarczuk zaczęłam znów pisać do „Czasopisu”, wychodzącego na Podlasiu miesięcznika mniejszości białoruskiej. Kiedyś zamieszczałam już w tym piśmie artykuły na temat regionu, jego etnografii, miejsc turystycznych. Potem jednak skupiłam się na blogu. Teraz na łamach pisma mówię już nie o Podlasiu, a piszę felietony i reportaże. Ostatnio ukazał się mój tekst na temat uchodźców. Uznałam, że jest to temat na tyle ważny, który tak bardzo mnie zajmuje i porusza, że nie mogę go pominąć. Od roku jestem współpracowniczką „Czasopisu”, a poza tym postanowiłam powrócić do swoich starych tekstów pisanych na blogu i zebrać je w książkę. Wydawnictwo Piotra Brysacza „Paśny Buriat” zaproponowało mi jej wydanie. Pracowałam nad nią od roku. Przeredagowałam stare teksty, niektóre z nich są zupełnie nowe, napisałam je w tym roku. Książka ukaże się na początku przyszłego roku, będzie nosiła tytuł „Podlaska mozaika”. Jak wskazuje tytuł, znajdą się w niej bardzo różne teksty, m. in. reportaże, eseje, felietony. Będzie to podsumowanie dziesięciu lat mojej pracy, bloga, fotografii, miłości do książek.

Z niecierpliwością czekamy więc na 2022 rok, mam nadzieję, że da się Pani zaprosić na spotkanie autorskie do biblioteki w Bielsku Podlaskim?

Z przyjemnością. Chętnie wrócę do mojego rodzinnego miasta i do biblioteki, do której chodziłam w młodości, żeby zaprezentować swoją książkę jako autor.

Czekamy zatem z niecierpliwością na książkę i obiecane spotkanie. Dziękuję Pani za rozmowę.

Bardzo dziękuję.


Ewa Zwierzyńska

z wykształcenia lekarz internista, z zamiłowania pasjonatka podlaskiej kultury i przyrody. Sztuki fotograficznej uczyła się m.in. w Warszawskiej Szkole Fotografii. Za swoje reportaże dostała nagrody od Press Club Polska “Belarus in focus 2013”, National Geografic Traveller oraz kwartalnika “Kultura wsi”. Obecnie jej felietony ukazują się w „Czasopisie”.



Fotografie: Izabela Pług

Ustawienia czcionki