z książką przez życie

Projekt „Z książką przez życie” realizowany jest przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Bielsku Podlaskim w ramach zadania „Partnerstwo dla książki” ze środków finansowych Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu.

Rozmowa z Doroteuszem Fionikiem

„Z książką przez życie” – rozmowa z Doroteuszem Fionikiem
Zapis audio rozmowy

Iwona Bielecka-Włodzimirow: – Jesteśmy dziś w Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach. Gospodarzem tego miejsca jest Pan Doroteusz Fionik. Porozmawiamy sobie o książkach.

Jesteś wydawcą, działasz w stowarzyszeniach, najprościej mogłabym Cię określić jako promotora kultury białoruskiej tutaj w Polsce i w naszej lokalnej społeczności. Przede wszystkim jesteś publicystą, redaktorem, a więc książki Ci towarzyszą. Jak najprościej mógłbyś odpowiedzieć na pytanie o to czym dla Ciebie jest książka?

Doroteusz Fionik: – Najważniejszą książką w naszym domu, taką, którą często i z namaszczeniem otwierało się w dzieciństwie była Ewangelia wydana w Sankt Petersburgu w 1909 roku. Babcia opowiadała, że ta książka podróżowała z rodziną kilka tysięcy kilometrów w czasie bieżeństwa, po powrocie też często ją czytano. Opowieść babci o tej książce dla mnie jako dziecka była czymś bardzo wychowawczym – księga uchroniła całą rodzinę w czasie podróży, wróciła i dalej ją mamy. Ważną osobą, która nauczyła mnie poszanowania dla słowa pisanego był wujek Jakub Kondraciuk, brat babci. Mieszkał on w domu, w którym dziś mieści się nasze muzeum. Był osobą samotną, bardzo oczytaną. Miał w domu książki, przede wszystkim rosyjskie. Szkołę średnią skończył w głębi Rosji, w Zawiałowce pod Saratowem, w czasie bieżeństwa. Wujek Jakub czytał „Niwę”, co piątek prosił mnie, żebym przynosił mu ją z kiosku wracając ze szkoły. Kupowałem więc pismo dla wujka, sam na początku go nie czytałem, bo ucząc się w Szkole Podstawowej Nr 2 w Bielsku nie miałem języka białoruskiego. Był tam język rosyjski, więc znałem cyrylicę. W domu rozmawialiśmy w naszej mowie i z czasem „Niwa” stała się także moją lekturą. Była ona ciekawa o tyle, że poruszała lokalne tematy. Interesujące były reportaże i materiały historyczne. Tam po raz pierwszy czytałem artykuły ojca Grzegorza Sosny. W 1987 r. stałem się publicystą. Organizując w drugiej połowie lat osiemdziesiątych młodzieżowe rajdy po Podlasiu musiałem się do tego przygotowywać. Dowiedzieć się jakie zabytki są po drodze, co ciekawego można zobaczyć i jakich ludzi spotkać. To zainspirowało mnie do tworzenia notatek z tych wędrówek – najpierw dla siebie, a potem do „Niwy”. Mikołaj Hajduk – redaktor pisma i historyk zauważył te artykuły i wziął mnie, wtedy jeszcze ucznia Technikum Rolniczego, pod swoją opiekę. Tak zaczęła się moja przygoda z publicystyką. Musiałem docierać do źródeł pisanych. Wiedziałem już, że w Siemiatyczach mieszka ojciec Grzegorz Sosna, który wydaje bibliografie regionalne. Zdobywałem je, a potem szukałem w bibliotekach potrzebnych materiałów. Z moją pasją do historii i czytania książek historycznych szło w parze zainteresowanie literaturą. Na dobre zaczęło się ono w połowie lat osiemdziesiątych gdy przy Klubie Białoruskim w Bielsku zaczął działać Teatr Poezji „Parnas”. W zajęciach uczestniczyli moi rówieśnicy ze szkół średnich. Prowadził je Jan Mordań, który podsuwał nam ciekawą literaturę białoruską, której ze względów ideologicznych nie było w oficjalnych programach szkolnych. Była to m. in. twórczość Uładzimira Karatkiewicza. To mój ulubiony autor, powieściopisarz historyczny, poeta, eseista, bardzo wszechstronny twórca. Mam tu jego powieść „Nielha zabyć”, wydanie z 1991 r. Czytałem ją kilkanaście razy, bardzo do mnie trafiła, gdy byłem późnym nastolatkiem, prawie dorosłym człowiekiem. Inna jego ważna dla mnie książka to „Dzikaje palawannie karola Stacha”, a także zbiór poezji „Byu, joś, budu”.

Czy trudno było zdobyć takie książki, np. prozę Karatkiewicza?

Nie, była ona oficjalnie wydawana, ale książki te nie figurowały w kanonie lektur np. w liceum białoruskim. Ja byłem w o tyle dobrej sytuacji, że nie musiałem czytać lektur białoruskich, a czytałem to co chciałem. Miłość do literatury często myli się z przymusem do czytania czegoś co nam „nie leży”.

Czyli sam odkrywałeś literaturę białoruską i miłość do niej?

Nie tylko do literatury białoruskiej. Tu opowiem epizod z historii naszego teatru. Miałem wtedy wydaną po białorusku książkę szkockiego poety Roberta Bersa, którą zdobyłem na festynie podczas loterii wydawnictw białoruskich. Znajduje się w niej kantata „Weseli żebracy”. Opracowałem do niej muzykę i scenografię. Przyniosłem to Janowi Mordaniowi, kierownikowi teatru. Powstał ciekawy, buntowniczy spektakl. Wyczuwało się już atmosferę zmian – był koniec lat osiemdziesiątych. Literatura białoruska zdominowała wtedy moje zainteresowania czytelnicze. Z kolei na literaturę polską uwrażliwiła mnie mama, która dużo książek przynosiła z pracy. Pracowała w biurze hurtowni PSS – u, w której, nie wiadomo dlaczego, były też książki. Dzięki temu zgromadziłem sporą biblioteczkę.

Pamiętasz jakieś tytuły?

Chodziłem wtedy do podstawówki. Pierwsza przyniesiona przez mamę książka, którą pamiętam to „Toszko małpka afrykańska” jakiegoś bułgarskiego autora. Po latach znalazłem ją na Allegro. Być może mama przyniosła mi w dzieciństwie tę książkę z sentymentu, bo mamy rodzinę w Bułgarii. To długa historia miłości bułgarskiego arystokraty Petra i Olgi – siostry mojej prababaci. Poznali się podczas jej bieżeństwa w Orenburgu. Podczas wojny domowej w Rosji w 1918 roku musieli uciekać do Bułgarii. Kontakty z nimi urwały się w latach sześćdziesiątych, ale mama pamięta jeszcze spotkania z nimi w Studziwodach.

Czy korzystałeś też z biblioteki miejskiej?

Tak. Biblioteka mieściła się wtedy naprzeciw ratusza. Pamiętam bardzo miłą panią, kierowniczkę Elżbietę Wrzecionko. W późniejszych latach zaprzyjaźniliśmy się. Wypożyczałem dużo książek, także komiksy.

Książka towarzyszyła Ci więc od zawsze, od momentu pierwszego z nią spotkania gdy była rodzajem rodzinnego sacrum i towarzyszyła bieżeństwu. Dobry przykład bycia z książką zaowocował w Twoim życiu?

Tak. Wokół mnie byli ludzie, którzy szanowali słowo pisane. Wpłynął na mnie wspomniany już wujek Jakub, ważnym etapem stało się też spotkanie z ojcem Grzegorzem Sosną w 1990 r. gdy organizowałem rajd młodzieżowy w Rybołach. Ojciec Grzegorz był tam na parafii, zaszliśmy do niego, by umówić się na spotkanie z młodzieżą, na którym mówiłby o lokalnej historii. Ojciec zgodził się. Zapytał tylko o Mikołę Sacharewicza z „Niwy”, który zamieszcza w piśmie relacje z wędrówek krajoznawczych. Nie wiedział, że to mój pseudonim. Przyznałem się, że to ja i tak zaczęła się nasza znajomość. Wspólnie pisaliśmy też artykuły do „Niwy”. Ojciec Sosna udostępnił mi swoje archiwum, z którego korzystałem. Wspólnymi siłami powstawały też książki o Bielsku i monografie parafii oraz miejscowości (ukazało się ich siedem). Znaliśmy się i współpracowaliśmy przez dwadzieścia pięć lat. Inną ważną postacią był profesor Bazyli Białokozowicz. Gromadził on książki, które potem trafiły do biblioteki w muzeum i znacznie powiększyły nasz księgozbiór. Profesor podarował nam wiele znakomitych pozycji z zakresu slawistyki. Mamy tutaj też książki Jarosława Kostycewicza i archiwalia ojca Grzegorza Sosny.

Właśnie miałam o nie zapytać.

Tak, mamy u nas archiwalia i książki. Większość to zbiór rodzinny przekazany przez matuszkę Antoninę Sosnę, która uważała, że nasz księgozbiór to dla nich odpowiednie miejsce. Ojciec Grzegorz był moim nauczycielem i przyjacielem Studziwód, a o swoich nauczycielach trzeba pamiętać. Tutaj ta pamięć ma formę namacalną, bo każdy kto do nas przyjdzie może dowiedzieć się kim był i czym się zajmował. Był on nieprzeciętnym duchownym, myślał nie tylko o swoich parafianach, ale o całej społeczności prawosławnej. Zgromadził wokół siebie ludzi, którzy bezinteresownie z nim pracowali, a on bezinteresownie dzielił się swoją wiedzą historyczną.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o czasopismach. Pierwszym, które wydawałem nie był „Bielski Hostineć”. Wcześniej wychodziło pismo teologiczne „Fos” co po grecku znaczy światło. Wydawaliśmy je w Seminarium Duchownym w Jabłecznej. Numer, który tu mam pochodzi z 1989 r.

Jak to pismo było wydawane? Pisane na maszynie, a potem odbijane?

Tak. Najpierw było pisane na maszynie, potem wycinane w ten sposób, by wkleić jeszcze obrazki. Tak przygotowaną matrycę odbijaliśmy na ksero, a kopie odpowiednio składaliśmy. Wydawaliśmy około stu egzemplarzy, nakład szybko się rozchodził wśród seminarzystów i znajomych. To przedsięwzięcie wymyślił seminarzysta z Bielska Jerzy Osiennik, który dbał o szatę graficzną pisma. Zaproponował mi współpracę. Na łamach „Fos” opublikowaliśmy m. in. fragmenty dzienników Karatkiewicza. Istniała jeszcze wtedy cenzura. Można więc powiedzieć, że mam za sobą epizod publikowania w drugim obiegu.

Pierwsza książka, którą redagowałem to „Historyczny i statystyczny opis cerkwi i parafii w Czarnej Cerkiewnej”. Jest to pokłosie kwerendy i porządkowania archiwum tej parafii. Wybrałem się tam, by wspólnie z ojcem Sosną napisać artykuł o tym miejscu. Na miejscu okazało się, że przy cerkwi znajduje się bogate archiwum. Porządkując je znalazłem w rękopisach opis parafii sporządzony w latach osiemdziesiątych XIX wieku przez proboszcza Aleksego Wołkowskiego. Razem ze archiwistą Sławomirem Iwaniukiem postanowiliśmy to wydać zamieszczając też tłumaczenie na język polski, które zleciliśmy Nadziei Artymowicz. Książka wyszła pod auspicjami Bractwa Młodzieży Prawosławnej. Po roku wspólnie z ojcem Grzegorzem wydaliśmy „Dzieje Cerkwi w Bielsku Podlaskim”. Potem zaczął wychodzić „Bielski Hostineć”. Na początku miał on być krajoznawczą gazetką szkolną, prowadziłem wtedy zajęcia krajoznawcze w Szkole Podstawowej Nr 3. Jeździliśmy w teren, zbieraliśmy materiały, uczniowie przeprowadzali wywiady z ludźmi. Pieniądze na pierwszy, odbity na ksero numer dostaliśmy od Rady Pedagogicznej, która wspierała nas, wspólnie z dyrektorem Bazylim Leszczyńskim, przy kolejnych numerach. Drukowała Spółdzielnia Inwalidów „Przyszłość”. Pismo przez długi czas miało profil uczniowski. W momencie kiedy przestałem prowadzić zajęcia, a uczniowie porozjeżdżali się na studia kontynuowałem wydawanie tytułu. Nie chciałem zbyt szybko zmieniać jego formy na tę zbliżoną do dzisiejszej, bo zależało mi na pokazaniu ewolucji pisma.

Czy książka i słowo pisane przetrwają? Jesteś w tej sprawie optymistą czy pesymistą?

Ostatni rok i zmiany społeczne, które nastąpiły pokazały, że czytelnictwo się zwiększyło. Znajomi mówią mi, że z powodu dużej ilości czasu w ostatnich miesiącach przeczytali więcej niż przez całe życie. Tak naprawdę nie wiemy co jeszcze nas czeka. Dlatego uważam, że nadal powinny istnieć miejsca, w których gromadzi się książki. Trzeba je też nadal wydawać pomimo tego, że dziś do publikacji nie potrzebujemy papieru. Treść jest ta sama, różni się materia. Książka drukowana jest moim zdaniem istotna dla dzieci, dla dorosłych w dzisiejszych czasach może mniej. Obcowanie ze słowem i książką jako przedmiotem jest dla dzieci bardzo kształtujące. Dziś już stać nas na to, by nasze książki były wydawane solidnie i atrakcyjnie pod względem poligraficznym. Nie publikujemy już kilkutysięcznych nakładów.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę o książkach i życzę wszystkiego najlepszego w Twojej pracy wydawniczej.

Dziękuję bardzo.


„Z książką przez życie” – rozmowa z Doroteuszem Fionikiem

Doroteusz Fionik – założyciel i kustosz prywatnego Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, dzielnicy Bielska Podlaskiego, animator kultury białoruskiej na Podlasiu,  zajmuje się historią i etnografią ziemi bielskiej. Autor, współautor oraz wydawca kilkunastu książek, w tym serii poświęconej historii niewielkich miejscowości na Podlasiu (wspólnie z o. Grzegorzem Sosną). Od 1998 redaktor naczelny i założyciel kwartalnika krajoznawczego “Bielski Hostineć”. W 1994 współzałożyciel iałoruskiego Towarzystwa Historycznego. Współpracownik tygodnika “Niwa”, miesięczników “Przegląd Prawosławny”, “Czasopis”, członek redakcji „”Białoruskich Zeszytów Historycznych”.


Ustawienia czcionki